Like Tears in Rain

Wpisy

  • niedziela, 28 maja 2017
    • Holland dla Stopklatki: co się stało z naszą tolerancją?

      Kiedyś Polska była uważana za mekkę dla innowierców, a dla Żydów stała się na tyle atrakcyjna, że bardzo licznie tu przyjechali. W Polsce, jako pierwszej w Europie, zdepenalizowano w okresie międzywojennym homoseksualizm. Dziś stopień otwartości na te problemy jest u nas niski. A to, co plotą niektórzy, łącznie z politykami i kapłanami, przechodzi najśmielsze wyobrażenia. Nasi politycy mylą bez przerwy pojęcia takie jak transseksualista i transwestyta. Gdyby te wypowiedzi cytowano w Anglii czy we Francji, zostałyby uznane za "Polish joke" - mówi nam Agnieszka Holland  której najnowsza produkcja - miniserial "Gorejący krzew"  - wystartuje na antenie HBO już 3 marca.
       
      Michał Hernes: W "Historii Gwen Araujo"  opowiedziała pani prawdziwą historię dziewczyny w ciele mężczyzny, która została brutalnie zamordowana na imprezie. W jednej ze scen filmu jej matka jest pytana w sądzie o to, kiedy dowiedziała się o skłonnościach swojej córki. Odpowiada, że już przed jej urodzeniem, w snach i że nawet nadała jej wówczas żeńskie imię, a uważała, że potem jej córka przybierała maskę chłopca. Jak to było z panią i pani córką?
       
      Agnieszka Holland: Nie miałam takich snów. W wypadku Sylvii Guerrero, bo tak nazywała się matka, był to rodzaj latynoskiego mistycyzmu. Zresztą Kasia nigdy nie uważała się za chłopca. Była dziewczynką, tyle że o chłopięcych zainteresowaniach.
       
      Kiedy dowiedziała się pani o jej seksualnej tożsamości?
       
      Wolałabym nie opowiadać, bez wyraźnego powodu, o swoich prywatnych sprawach. A tym bardziej o prywatności bliskiej mi osoby. Wydaje mi się, że zupełnie wystarczy to, co już zostało powiedziane.
       
      Przejdźmy więc do filmu. Czy był on dla pani czymś więcej, niż zwykłym zleceniem?
       
      W pewnym sensie tak. Prawdopodobnie nie wyreżyserowałabym go, gdyby mnie ta sprawa jakoś nie interesowała. Nie tylko jednak ze względów rodzinnych. Po prostu poznałam tego typu osobę i zainteresowały mnie jej dramat, odwaga, a także determinacja. Scenariusz napisano z myślą o bardzo popularnej stacji kablowej Lifetime, która przeżywała wówczas renesans i produkowała wiele ciekawych rzeczy. Ten scenariuszowy tekst był lepszy i bardziej złożony, niż proste historyjki o charakterze wyłącznie edukacyjnym. Spodobały mi się w niej postaci matki i dziewczyny, urodzonej w ciele chłopca, a także jej niebywała determinacja. Bardzo ciekawie opisano tam proces, w ramach którego matka uczyła się akceptować inność swojego dziecka. Dzięki tej złożoności postaci udało nam się namówić do zagrania w tym filmie bardzo dobrych aktorów, nagrodzoną Oscarem Mercedes Ruehl i JD Pardo.
      @page_break@
       
      Historia Gwen Araujo
      W jednej z najbardziej przejmujących scen obrońca oskarżonych o morderstwo mówi do matki ofiary, że to nie wina tamtych chłopców, tylko amerykańskiego społeczeństwa. Wywołuje to jej ostry sprzeciw.
       
      Tamten człowiek robi to w sposób dość cyniczny, odwołując się do sprymitywizowanej filozofii społecznej. Matka opowiada natomiast o swoim bardzo realnym przeżyciu. Przypomina to trochę obronę katów w totalitarnych reżimach i argumentację, że byli jedynie pionkami wielkiej machiny. Łatwo jest zrzucić odpowiedzialność, odwołując się do społecznych uwarunkowań czy determinantów. Zwłaszcza, że przecież jesteśmy wolni i ponosimy odpowiedzialność za swoje czyny. Co ciekawe, poznałam Sylvię Guerrero [film oparty jest na faktach - przyp.red.] i, chociaż to żadna intelektualistka, jest osobą niebywałą. Bardzo mocną i totalną. Jeśli w coś się angażuje, to bez reszty.
       
      Widać to w tej produkcji. To wydarzenie miało miejsce w 2002 roku w Ameryce, a pani skrytykowała ostatnio zaściankowość Polski. Jak to jest więc z tą Ameryką?
       
      Zło, nienawiść i strach przed innością nie są polską specjalnością, choć jest ich w naszym kraju stanowczo zbyt wiele. Nie jest też tak, że zmiany społeczne w ludzkiej świadomości następują z dnia na dzień i że dotyczą one wszystkich. W Stanach Zjednoczonych dochodzi do nienawiści wobec osób o innej orientacji seksualnej. Co jakiś czas się to zdarza. To oczywiście okropne, ale ważne jest to, jak społeczeństwo i ustawodawstwo na to reaguje. Chodzi o to, jak pod wpływem tego typu wydarzeń zmienia się świadomość ludzi.
       
      A Polska…
       
      Stopień otwartości, tolerancji czy szacunku dla takich problemów jest u nas niski. Dotyczy to także, jak pokazały ostatnie wydarzenia, czołowych polityków. Dodatkowo nikt nie docenia u nas edukacyjnej i poznawczej funkcji filmów zarówno kinowych, jak i telewizyjnych czy seriali. W Polsce tematy społecznie trudne się przemilcza. W mediach publicznych i w medialnym mainstreamie są niemal nieobecne.
       
      Z drugiej strony Polskę uważano kiedyś za kraj tolerancyjny, za "państwo bez stosów".
       
      Właśnie, o tej tolerancji mówiono już w średniowieczu. Polska była uważana za mekkę dla innowierców, a dla Żydów stała się na tyle atrakcyjna, że bardzo licznie tu przybyli, uciekając przed prześladowaniami z Holandii czy Hiszpanii. W Polsce, jako pierwszej w Europie, zdepenalizowano w okresie międzywojennym homoseksualizm. Był to też jeden z pierwszych krajów, który wprowadził prawo wyborcze dla kobiet. Mamy piękne tradycje, ale okazuje się, że naszej elicie politycznej bliższe jest duchowo dziedzictwo endecji.
      @page_break@
       
       
      Gorejący krzew
      Wojciech Maziarski napisał  na łamach "Gazety Wyborczej", że - przy całym szacunku dla pani - lepiej nie deklarować, że nie zagłosuje się na Platformę Obywatelską. Zapytał też, jaka jest alternatywa i czy jest nią powrót do Czwartej RP.
       
      Ten temat wraca ciągle, tylko rodzi się pytanie, jak długo można być szantażowanym formułą mniejszego zła. Moim zdaniem bezalternatywna demokracja, o czym zresztą napisałam Maziarskiemu, to coś szalenie dla demokracji groźnego. Oznacza to rezygnację z jakiejkolwiek kontroli nad rządzącymi, którzy mogą robić, co im się żywnie podoba. Bardzo bym nie chciała, żeby wróciła Czwarta RP i żeby Prawo i Sprawiedliwość, szczególnie w obecnej formie, doszło do władzy, ale nie można ani w polityce, ani w życiu kierować się tylko strachem.
       
      Maziarski powołał się także na przypadek Rafała Ziemkiewicza, który deklarował, że nigdy nie będzie już współpracował z Hajdarowiczem, tymczasem stało się inaczej.
       
      Odpisałam redaktorowi Maziarskiemu, że to porównanie wydaje mi się nie na miejscu. Nic mnie nie łączy z panem Ziemkiewiczem - ani w motywacjach, ani w stylu działania. Nie ma sensu porównywanie wszystkiego ze wszystkim.
       
      Zmieniając temat, rozmawiamy w momencie szczególnym, czyli kilka dni po tym, jak Ratzinger ogłosił, że przestaje być papieżem. Jak się pani na to zapatruje?
       
      Czysto ludzko. To poruszający moment, bo człowiek, który był dożywotnim monarchą, zdecydował się zdjąć z siebie ten ciężar. Zrobił to, zdając sobie sprawę z faktu, że nie jest w stanie go nieść skutecznie i z godnością. Powody jego dymisji interpretowane są różnie. Mówi się, że wynika to z ogromnego fizycznego zmęczenia Benedykta XVI. Mam bliskich w jego wieku i doskonale wiem, że wówczas już pewnych rzeczy robić nie można. Pewien wysiłek jest ponadludzki. Za drugi powód podaje się intrygi w Watykanie, a za trzeci nieumiejętność odwrócenia pewnych procesów sekularyzacji, czyli na przykład małżeństw homoseksualnych. Jeszcze inni uważają, że wynikało to z poczucia klęski wobec niemożności poradzenia sobie z pedofilią w kościele. Ta decyzja zmienia status papieża. Skoro sam się odwołał, chociaż powołał go duch święty, to rodzi się pytanie, czy został odwołany przez ducha świętego poprzez własną wolę. Ta sytuacja skłania do pytań, jak to się dokładnie dzieje w sensie teologicznym. Następuje też zmiana w stosunku do papiestwa. Według dogmatu papież jest nieomylny, a co z ekspapieżem? Czy charakteryzuje go nieomylność, czy też spływa na niego jedynie wtedy, kiedy piastuje tę funkcję? To trochę jak różnica między monarchią, a demokracją konstytucyjną. Ludzie wierzący w mity powołują się na Nostradamusa, z którego przepowiedni podobno wynika, że to ostatni papież, po nim nastąpi zaś koniec świata. Zobaczymy, jak to będzie. Wydaje mi się, że kościół katolicki nie radzi sobie z nowoczesnością. Polski to już w ogóle, robi się coraz bardziej zamknięty na świat i rzeczywistość. Polega to na agresywnym chowaniu głowy w piasek. Proszę sobie wyobrazić agresywnego strusia, który ma głowę w piasku, musi więc kopać na oślep.
      @page_break@
       
       
      Gorejący krzew
      Chciałbym przejść do Jana Palacha, bohatera pani miniserialu "Gorejący krzew" [premiera 3 marca na antenie HBO - przyp.red.].  Czeski zakonnik Jiri Srajer powiedział, że jego czyn jest "trudny do zrozumienia, niestandardowy i wyłamuje się normalnej etycznej ocenie. Wzbudza wielkie emocje, wywołuje szereg pytań, polemik, a często także przeciwstawnych ocen. Jest potępiany i gloryfikowany". Czy dlatego właśnie zainteresowała panią ta postać?
       
      Tak i nie. Napięcie pytań, jakie stawia taki czyn, z pewnością się nam udzieliło, ale dla mnie Palach zawsze był bohaterem. Zastanawiałam się nad konsekwencjami tego wydarzenia dla jego bliskich i społeczeństwa, a także nad recepcją i skutecznością jego czynu. Podobne nastawienie cechowało scenarzystę tej produkcji. Nie mieliśmy jednak ambiwalentnego stosunku do ofiary Palacha.
       
      Krytyk Jindrich Chalupecky napisał, że "czyn Palacha złamał pancerz nowoczesnej racjonalizacji i obnażył głębokie podstawy archaicznej świadomości".
       
      To zaskakujące słowa w świetle wartości, które nasza kultura wyznaje. W końcu żyjemy w tradycjach judeochrześcijańskiej i greckiej, w których poświęcenie życia dla wyższej wartości, jaką może być ojczyzna, społeczność, bądź inny człowiek, jest uważane za bohaterstwo. Figura ofiary, gdy weźmie się pod uwagę męczeńską śmierć Chrystusa, to dla nas nic obcego. Mimo to trudne do wyobrażania jest samospalenie się. Z drugiej strony żyjemy w zglobalizowanym świecie. Palacha zainspirowało podpalenie się buddyjskich mnichów, którzy protestowali przeciwko wojnie w Wietnamie i chcieli zwrócić uwagę świata na niesprawiedliwość tej wojny. Udało im się, a młody Czech prawdopodobnie miał nadzieje na podobny odbiór. W tej chwili wielu tybetańskich mnichów podpala się w proteście przeciw polityce Chin wobec ich ojczyzny. Kilka dni temu zrobiła to setna ofiara na przestrzeni kilku ostatnich lat. Od podobnego czynu zaczęła się rewolucja w Tunezji. Jednocześnie nie jest to aż tak egzotyczne, jakby się wydawało. W Polsce mieliśmy Ryszarda Siwca, który chciał w ten sposób pobudzić ludzi do refleksji i oporu wobec systemu komunistycznego, między innymi inwazji w Czechosłowacji.
       
      W przejmującym wierszu "Na śmierć Jana Palacha" Kazimierza Wierzyńskiego podmiot liryczny mówi: "Teraz ten pożar jest nasz".
       
      Osobiście studiowałam wtedy w Pradze i byłam zaangażowana w ruch studencki. Przeżyliśmy wówczas ogromny szok. Zaciekawiła mnie jedna rzecz, która znajduje się w moim filmie, czyli szerokie echo, jakim odbiło się to uczucie szoku. Paradoksalnie zadziwiająco szybko poczucie wspólnoty, w obliczu tego czynu, zniknęło z narodowej świadomości. I to mimo, że natychmiast po tym wydarzeniu Palach został uznany za bohatera, a jego pogrzeb przerodził się w ogólnonarodową manifestację. Miesiąc później podpalił się następny chłopiec, który chciał w ten sposób uświadomić wszystkim, że postulaty Palacha nie zostały spełnione. O nim nikt nie chciał już słyszeć. Okazało się, że społeczeństwo jest już gdzie indziej. Szok ofiary nie tyle Czechów przebudził, co wprawił ich w letarg. Widocznie, kiedy społeczeństwo uświadomiło sobie, jak ekstremalną cenę trzeba zapłacić za wolność, doszło ono do wniosku, że nie stać go na taki wybór. Że jeżeli walka o wolność niesie za sobą aż takie poświęcenie, to lepiej z wolności zrezygnować.
      @page_break@
       
      Gorejący krzew
      Czescy reżyserzy nie podjęli się z kolei tego tematu i mówili, że jest pani najwłaściwszą osobą do jego realizacji i że uważają panią za czeskiego filmowca.
       
      Odbiór tej produkcji w Czechach to coś zupełnie niebywałego. "Gorejący krzew" naprawdę wstrząsnął przedstawicielami wielu pokoleń. Jeśli zaś chodzi o kolegów-filmowców, to wykazali się oni ogromną pokorą, życzliwością i solidarnością. Publicznie dawali wyraz swojemu podziwowi dla tego filmu i dla mnie jako reżysera. Można powiedzieć, że zostałam tam kimś w rodzaju importowanego narodowego artysty. Jeden z krytyków napisał nawet: "Gdyby Agnieszka Holland nie istniała, Czesi powinni ją wymyślić". Cóż, widocznie najtrudniej być prorokiem we własnym kraju. Przypuszczam, że jednym z powodów mojej wyjątkowej pozycji na tamtym gruncie jest dekapitacja czeskich filmowców mojego i młodszego pokolenia. Wynikała ona z dwudziestu lat zamordyzmu po 1968 roku, z tak zwanej "normalizacji". To było dwadzieścia lat wyjętych z ich normalnego, twórczego życia. W porównaniu z nią, lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte w PRL należy uznać za oazę wolności. To pokolenie zostało w jakimś sensie załatwione. Okazałam się być jedyną osobą, która była uczestnikiem tych wydarzeń, a jednocześnie rozwijała się twórczo w wolny sposób w demokratycznym świecie. Przypominam, że zaangażowałam się w ruch studencki, zostałam skazana i trafiłam do więzienia.
       
      To więc coś więcej niż spojrzenie z zewnątrz?
       
      To ciekawa perspektywa, bo jednocześnie od wewnątrz i z zewnątrz. Dla mnie było to doświadczenie formatywne. Jestem rówieśnicą Palacha i jego czyn stał się częścią mojej tożsamości. Ten praski okres był dla mnie decydujący w kształtowaniu tego, jak postrzegam świat. Zarówno w sensie twórczym, etycznym, politycznym jak i osobistym. Z jednej strony byłam z Palachem, a jednocześnie nie przeżyłam tej dławiącej normalizacji. Zaraz po studiach wróciłam do Polski, a od ponad dwudziestu lat żyję i pracuje na Zachodzie. Dzięki temu wiem, jak dotrzeć do świata z takimi tematami. Myślę, że dodało to tej historii pewien uniwersalizm, którego być może nie umiałby osiągnąć filmowiec całkowicie zanurzony w czeskiej rzeczywistości.
       
      Czy oznacza to, że ten okres ukształtował panią bardziej niż wydarzenia w Polsce?
       
      Sądzę, że tak, szczególnie jeśli chodzi o rok 1968. To, co działo się wtedy w Polsce, odbierałam w sposób zapośredniczony. I to niezależnie od faktu, że dotyczyło to moich bliskich, przyjaciół i żydowskiej części mojej rodziny, która zdecydowała się wtedy na emigrację; jedynej rodziny, która została mi z gałęzi mojego ojca, czyli ciotki i jej bliskich. Wielu moich znajomych trafiło do więzienia, ale w marcu, kiedy się tam znaleźli, przeżywałam jeszcze w Czechach euforie Praskiej Wiosny. Stała się ona dla mnie, podobnie jak dla Czechów i Słowaków, przeżyciem pokoleniowym. Praska Wiosna i jesień po sowieckiej inwazji wojsk układu warszawskiego były ogromnie ludycznym wybuchem swobody, wręcz karnawałem, jak to ujął Kundera. To doświadczenie miało wiele różnych pięter. Potem przyszedł sierpień i inwazja wojsk Układu Warszawskiego, również polskich, co było bolesne. Następnie rozpoczął się studencki strach, a później pojawił się Palach. Tymczasem w Polsce trwały procesy Komandosów, a następnie na Wybrzeżu miał miejsce Grudzień 70. Ale kiedy w Czechosłowacji zaczęto wsadzać ludzi do wiezień, u nas przyszedł relatywny liberalizm i więźniów zaczęto wypuszczać. Wróciłam więc do Polski. Mimo to kawał mego serca, że tak patetycznie powiem, pozostał w Pradze.
       
      Wspominała pani o reakcjach w Czechach na pani produkcję. Poda pani kilka przykładów?
       
      Były różne, niektóre bezpośrednie, inne dotarły do mnie w formie listów, bądź artykułów prasowych. Bardzo barwny krytyk i teoretyk kina napisał, że Czesi czekali na ten film przez dwadzieścia lat i nikt stąd nie mógłby go zrobić. Korespondent czeskiej telewizji w Warszawie, który studiował historię dwudziestego wieku, wyznał, że myślał, że coś o tej historii wie. W czasie seansu uświadomił sobie, że właściwie nie wiedział nic o tym, jakie było prawdziwe doświadczenie tamtych czasów i pół filmu przepłakał. Ogólny społeczny odbiór "Gorejącego krzewu" jest bardzo przejmujący. Dla Czechów było to jakby katharsis.
       
      Trochę żal więc, że nie powstała jego kinowa wersja fabularna.
       
      Tak, ale cztery godziny dają wieksze możliwości. Jestem przekonana, że gdyby była to produkcja dwugodzinna,wrażenie byłoby o wiele mniejsze. To intymna opowieść o epickim wymiarze. Szkoda tylko, że mało ludzi zobaczy to na dużym ekranie, bo myślę, że wizualna narracja tego miniserialu jest bardzo przekonująca. Zobaczymy, jaki będzie jego odbiór w Polsce.
      @page_break@
       
      Agnieszka Holland
      Wspominała, pani, że w Polsce brakuje ambitnych telewizyjnych projektów. Nie chciałaby pani tu czegoś takiego zrealizować?
       
      Razem z kolegami próbowałam się zabrać za polskie media publiczne. Po roku ciężkiej pracy stworzyliśmy projekt ustawy, która między innymi rozwiązywała palący problem swobodnego dostępu w sieci do wyprodukowanych, wartościowych treści. Zakładała też podniesienie jakości telewizji i obowiązek misyjny. Zostało to jednak zablokowane przez polityków będących u władzy. Niestety, żadne medium nie prowadzi u nas całościowej polityki edukacyjnej: zapoznawania ludzi z kulturą, problemami społecznymi i politycznymi. Ze zjawiskami obyczajowymi i zmieniającym się światem znaczeń, przeżyć czy wartości. Na początku tego wywiadu rozmawiałam z panem o "Historii Gwen Araujo". To przykład filmu, który można pokazać w telewizji w czasie dobrej oglądalności, łącząc go z ciekawą dyskusją. Szczególnie, że ten temat objawił się w Polsce za sprawą pani Anny Grodzkiej. Chodzi o to, by wyjaśnić ludziom pewne rzeczy i budować zrozumienie, za którym idzie empatia i tolerancja. Nawet nasi politycy mylą bez przerwy pojęcia takie jak transseksualista i transwestyta. Nagminnie używają tego ostatniego słowa, nazywając tak panią Grodzką.
       
      Z drugiej strony Urszula Antoniak pracuje nad polskim filmem o lesbijkach.
       
      Nie wystarczy wrzucić coś w obieg, jeśli nie będzie temu towarzyszyła akcja edukacyjno-wyjaśniająca. Ludzie są wówczas zagubieni. To, co plotą niektórzy, łącznie z politykami, kapłanami, a ostatnio również rodzimymi naukowcami, przechodzi najśmielsze wyobrażenia. Gdyby te wypowiedzi cytowano w Anglii czy we Francji, zostałyby uznane za "Polishjoke". Jeżeli chodzi o świadomość pewnych zmian i faktów, to jesteśmy trzydzieści lat do tyłu.
       
      Za jaki temat pani by się w Polsce zabrała telewizyjnie, gdyby miała pani taką możliwość?
       
      Mogłabym, wspólnie z kompetentnymi ludźmi, poprowadzić pasmo "gorących" filmów. Coś podobnego do pasma filmów dokumentalnych, które Ewa Ewart ma w TVN24, ale obudowane naprawdę szeroką i wielostronną dyskusja ciekawych ludzi. Koncentrowalibyśmy się w nich na fabułach o bolesnych i trudnych tematach związanych z polską i światową współczesnością. Wydaje mi się, że byłoby to w naszym kraju bardzo pożyteczne.
      [Michał Hernes]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 maja 2017 16:45
    • Agnieszka Holland: jak nie wyreżyserowałam "Gry o tron" i "Walking Dead" [wywiad]

      Z Agnieszką Holland rozmawiamy o serialach "House of Cards", "Gra o tron", "The Walking Dead" i "Twin Peaks". Pytamy ją też, czy zrobi serial z HBO Polska.
       
      Michał Hernes: Jakie to uczucie, gdy reżyseruje się odcinki serialu "House of Cards" nie od początku sezonu?

      Agnieszka Holland: Nie jest to zbyt komfortowe. Raczej już nie będę dołączać do takich produkcji w czasie ich trwania, chociaż ciągle dostaję tego typu propozycje. "House of Cards" jest wyjątkowy i znaczący, więc nie bardzo chciałam odmówić. To nie tylko rozrywka, ten serial odgrywa istotną rolę w publicznej debacie. Opowiada o syndromie naszych czasów, a poza tym grają w nim znakomici aktorzy. Różnicę robi też osoba Davida Finchera i bardzo staranny dobór reżyserów. Problem polega na tym, że ta produkcja jest bardzo sformatowana, a aktorzy są usadowieni w swoich rolach. Gdy na planie pojawia się ktoś nowy, początkowo podchodzą do niego z nieufnością. Czują się trochę zagrożeni i muszą się przystosowywać do nowej reżyserskiej energii.

      Jak przekonać do siebie takie gwiazdy jak Kevin Spacey?

      To proces uwodzenia. Czasem gwiazdorzy bywają wdzięczni, dodatkowo mam autorytet. Jak wspominałam, dla aktorów często ważne jest, by chronić swoją pozycję. Najlepiej dać im wskazówkę, która okaże się pomocna. Bardzo to doceniają; wiedzą też, kiedy ktoś opowiada im głupoty.


      Czyli reżyser w tym uwodzeniu musi być trochę jak polityk?

      Jak polityk, psycholog i pedagog.

      Rozumiem, że nie musiała pani rzucać w tym aktorów żadnymi przedmiotami?

      Nigdy tak nie robię. To jest ewentualnie zarezerwowane dla producentów.

      A na planie filmu "Strzał w serce"?

      Rzeczywiście, ten jeden raz rzuciłam w aktora, ale to była wyjątkowa sytuacja, on był psychopatyczny. Do aktorów należy podchodzić z miłością.

      Jakich konkretnie rad udzieliła pani na planie "House of Cards"?

      Chodzi o sytuacje, gdy kręcimy daną scenę, a aktorzy nie mogą sobie z nią poradzić; ich gra jest sztywna i nie do końca prawdziwa. Przekazuję im wtedy proste uwagi. Czasem nie zwracają uwagi na najprostsze rozwiązania. Reżyser jest od tego, by im pomagać.

       
      Nie chciałaby pani zmierzyć się jako reżyser z "Grą o tron"?

      Gdy oglądałam pierwsze odcinki tego serialu, nie za bardzo mi się podobały. Dostałam wtedy propozycję reżyserowania "Gry o tron", ale nie przepadam za fantasy. Podobno serial się rozkręcił, ale wtedy uznałam, że to tańsza wersja "Władcy pierścieni", którego też nie lubię. To nie jest mój świat.

      A duży amerykański serial historyczny?

      Gdyby to był pilotażowy odcinek, chętnie. HBO proponowało mi ostatnio reżyserowanie rock and rollowego serialu, którego producentem jest Martin Scorsese. Nie mam na to czasu. Dostaję także propozycje pracy przy serialach, które oglądam, na przykład "The Americans" i "Walking Dead", ale niespecjalnie chcę się angażować w ich realizacje.

      Co Agnieszka Holland lubi w "The Walking Dead"? CZYTAJ DALEJ >>>>



       
      \
       
       


      Co lubi pani w "Walking Dead"?

      Nie jestem na bieżąco. Po trzecim sezonie uznałam, że jest zbyt przygnębiający. To świetnie zrobiony serial i wielka metafora. Jego początek był bardzo oryginalny.

      Jaka przyszłość czeka seriale?

      Obecnie trwa drobny kryzys. Zrobiła się duża konkurencja. Na rynku pojawili się Netflix i Amazon, stawiając na ambitne projekty. Europa też wkroczyła do gry, ambitniejsze rzeczy chcą robić Francuzi. Poziom trzymają także Skandynawowie.

      Tymczasem w Polsce można oglądać "Szpital" i "Szkołę".

      Dominują telenowele, choć zdarzają się wyjątki od reguły, jak chociażby "Krew z krwi", której jeszcze nie widziałam.

      Kondycja amerykańskich seriali jest znacznie lepsza.

      Tamtejsze stacje telewizyjne coraz częściej zamawiają cały sezon, a nie jedynie pilota. Żeby podjąć takie ryzyko, muszą mieć duże zaufanie do twórców.

      Mimo wszystko David Lynch nie dostał na "Twin Peaks" takich pieniędzy, jakich by chciał.

      To nie był dobry pomysł, żeby reaktywować równie kultowy serial. Wydaje mi się, że Lynch to zrozumiał.

       
       
       


      Nie przeraża pani, że Amerykanie pracują nad remakiem "Dekalogu" Krzysztofa Kieślowskiego?

      Na ogół remake'i wychodzą im średnio, choć "The Killing" był genialny - równie dobry jak oryginał, a może nawet lepszy.

      Nie chciałaby pani pracować przy tym "Dekalogu"?

      Nie, raczej się nie uda miniserial na kanwie takiego arcydzieła. Chyba że twórcy mają pomysł na bardzo realistyczny opis Ameryki na miarę obrazu Polski autorstwa Krzysztofa. Obawiam się, że pójdą w bardziej rozrywkową stronę.

      Tymczasem pani zanurza się w polskie realia, ekranizując książkę "Prowadź swój pług przez kości umarłych" Olgi Tokarczuk.

      To przetworzona Polska, więc forma tej książki jest nieoczywista i trudna do uchwycenia. Zmęczyła mnie serialowość moich ostatnich projektów, szukam innego języka. Dostrzegłam go w tej powieści. Gdy próbujesz przełożyć ją na film, czysty realizm robi się trochę głupi. Lepszym rozwiązaniem jest stylizacja na odrobinę groteski, mieszanie realizmu z nadwartością. Chodzi o klimaty między Akim Kaurismäkim a Wesem Andersonem. Aby się to udało, musi się ze sobą zgrać wiele elementów. To dość ryzykowne.

      Jak więc przełożyć to na język filmu?

      Tokarczuk nie jest nie filmowa. Na film świetnie nadaje się wiele jej opowiadań.  Wspaniałym serialem byłyby "Xsięgi Jakubowe", gdyby w Polsce były na to pieniądze i chęci. Akcja rozgrywa się przecież w siedemnastym wieku. Zrealizować ten serial łatwiej byłoby w PRL-u, kiedy powstawał "Potop". Reżyserując taką produkcję, zbudowalibyśmy sobie nową tożsamość. Ekranizacje Sienkiewicza to za mało, to nas upupia.

       
       
       


      Co z serialem opartym na kryminałach Marka Krajewskiego, do którego miała pani wyreżyserować pierwszy odcinek?

      Nowoczesny kryminał retro, w którym nastrój i postaci są ważniejsze niż intryga, to atrakcyjny materiał. Zgłosili się do mnie producenci, ale póki co nic z tego nie wyszło. Zdaje się, że są problemy z prawami autorskimi. W Polsce mało jest fajnych literackich materiałów, ale za to dużo zmarnowanych szans. Z moją siostrą, Magdaleną Łazarkiewicz, miałyśmy kiedyś w planach film na podstawie "Hanenmanna" Stefana Chwina, ale przygotowania ciągnęły się latami, by w końcu stanąć w miejscu. A nie byłaby to zbyt droga produkcja.
       
      Walczy pani o realizacje jakiegoś serialu w Polsce?

      Nie, ale rozmawiałam o jednym projekcie z polskim oddziałem HBO. Nie miałam jeszcze czasu, by się w go zagłębić. W HBO Polska są sensowni ludzie i chętnie coś z nimi zrobię.

      Żal niezrealizowanego projektu serialu o Jagiellonach.

      Zwłaszcza, że byli nie gorsi od Tudorów, a może nawet lepsi. Problemy były ze scenariuszem, a w Polsce mało jest zawodowych scenarzystów.

      Zaangażowałaby się pani w taki serial?

      Chętnie bym wyreżyserowała pierwszy odcinek. Moja córka, Kasia Adamik, uwielbia historyczne produkcje. Chętnie zrobiłabym kilka odcinków bardzo dobrego i ambitnego polskiego serialu, który mógłby się mierzyć ze światową produkcją.  

      [Rozmawiał Michał Hernes]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 maja 2017 16:42
    • Jerzy Stuhr: Wolę odejść, niż żeby mnie upokorzono

      Przygotowuję się do zmiany swojego wizerunku, przemiany z uczestnika wydarzeń na ich obserwatora - mówi Stopklatce Jerzy Stuhr.

      - Przygotowuję się do zmiany swojego wizerunku, przemiany z uczestnika wydarzeń na ich obserwatora. Nie wiem, kiedy to nastąpi, ale powolutku się na to przestawiam - mówi Stopklatce wybitny aktor, reżyser i pisarz, Jerzy Stuhr, który walczy o realizacje swojego najnowszego filmowego projektu.

      Pozwolę sobie rozpocząć od pytania z "Gadających głów" Kieślowskiego: kim pan jest i czego pan chce od życia?

      Chcę radości. Cieszę się każdym dniem. Kim jestem? Chyba czterdzieści lat mojej pracy powiedziało o tym trochę czytelnikom Stopklatki i nie muszę tego tłumaczyć.

      Nawiązując do pytania zadanego w jednym z wywiadów profesorowi Bardiniemu, które powtórzył pan w swojej książce "Tak sobie myślę", chciałbym zapytać, co pan robił przez ostatnie dziesięć lat.

      Przygotowywałem się do starości. Podpisuję się pod odpowiedzią, której udzielił Bardini. Przygotowuję się do zmiany swojego wizerunku i przemiany z uczestnika wydarzeń na ich obserwatora. Nie wiem, kiedy to nastąpi, ale powolutku się na to przestawiam. To w końcu nieuchronne, prawda?

      Ingmar Bergman w pewnym momencie nabrał odwagi i ukazał Śmierć jako białego klowna, postać konwersującą, grającą w szachy i właściwie pozbawioną tajemnic, był to pierwszy krok w jego walce ze strachem przed śmiercią. Jaki był pański, jeśli można wiedzieć?

      Nie wiem, nie odczuwam go. Ciągle wierzę, że śmierć jeszcze do mnie nie przyjdzie, a gdy już to nastąpi, w każdej chwili jestem na to gotowy.

      Pisał pan natomiast o strachu przed młodymi jako ciekawym temacie na film.

      Tu mamy do czynienia z innym strachem. Wcześniej zapytał pan mnie pan o ten metafizyczny i eschatologiczny, podczas gdy drugi związany jest z lękiem przed młodzieńczą arogancją. Wolę odejść, niż żeby mnie upokorzono. Mógłby to być temat na filmową historię o bojaźni mojego pokolenia.

      Krzysztof Zanussi żalił się niedawno, że nie dostał pieniędzy na najnowszy film i winił za to między innymi Małgorzatę Szumowską.

      Tego z młodzieżą bym akurat nie kojarzył. Chodzi o decyzje, których nie znam, ale które dotykają również mnie. Sam nie dostałem pieniędzy na film.

       

      Będzie pan walczył o jego realizację?

      Bardzo chcę go zrobić. Starałbym się, żeby ta produkcja podsumowała moje filmowe istnienie. Chociaż jednak chcę sam dać połowę pieniędzy na ten projekt, to drugiej połowy nie mogę dostać. Trzeba czekać. Pasikowski czekał sześć lat, a ja czekam dopiero trzy. To może nie jest tak dużo.

      Proszę opowiedzieć, o czym będzie ta historia.

      To byłby życiorys reprezentanta mojego pokolenia, które miało bardzo ciekawe życie. Od czasów Stalina począwszy, a kończąc na demokracji - takiej, jaką mamy, ale jednak mamy. To wielka droga. Film będzie się nazywał "Obywatel" i tytułowa postać przechodzi przez wielkie transformacje. Chciałbym, żeby wyszła z tego komedia. Moim punktem odniesienia byłaby poetyka Andrzeja Munka, ale też Federico Felliniego. Sportretowałbym bohatera miotanego falami historii, jej absurdem i absurdalnością systemów politycznych. Wszystko to zostałoby jednak ujęte w sposób komediowy. To bardzo polski temat i byłby rozpoznawalny dla osób znających polskie historyczne konteksty. W scenariuszu skupiłem się na kamieniach milowych naszej najnowszej historii. Chodzi o lata: 1956, 1968, 1970, 1980 i 1989 aż po dziś dzień. Scenariusz traktuję jako roboczy zapis przyszłego filmu i przez cały czas go poprawiam. Bez przerwy nad nim siedzę albo o nim myślę. Mam w głowie sceny, które nie zostały zapisane, ale i tak wiem, że je nakręcę.

      Ostatnio spotkałem się z opinią, że o wiele trudniej zrobić komedię niż film dramatyczny.

      Pewnie, że tak. To wiadomo od lat. Komedie ceni się mniej. Są nawet festiwale, które komedii nie dopuszczają do konkursów. Nie można nazwać chałturą "Zezowatego szczęścia", dramatów Moliera czy Zapolskiej. Jestem po nagraniu "Ich czworo" dla radia i uważam, że to wielka sztuka.

      W swojej książce napisał pan, że nie żal panu czasu na robienie ramoty.

      To nie było tak. Gdy przystępowałem do pracy nad Czechowem, u pani Krystyny Jandy w Teatrze Polonia, jakiś krytyk zapytał mnie o to, a ten spektakl od dwóch lat jest hitem. Kolejki na Marszałkowskiej są takie jak za komuny po mięso. Jaka to ramota?

      Doczekamy się kiedyś komedii o Smoleńsku?

      Możliwe.

      Współcześnie powstają komedie o Hitlerze.

      To naturalny stan odreagowania, że ktoś odreagowuje to śmiechem. Ja już jednak takiego projektu nie zrobię, bo to mnie nie interesuje. Chciałbym, żebyśmy się roześmiali z tematu polskiego antysemityzmu, z mitu Solidarności i takich zagadnień.

      A śmianie się z walki z rakiem czy raka w ogóle?

      Widział pan film "Nietykalni"?

      Tak.

      Jest tam sparaliżowany człowiek, a my się śmiejemy. Ten śmiech jest uzdrawiający. To było wspaniałe odkrycie. Z choroby można się śmiać, ale nie ją wyśmiewać. Pewnie i o raku można tak opowiedzieć.

      Pan by potrafił?

      Na razie nie, to temat zbyt bliski mojej osoby.

      Anais Nin napisała przewrotnie: "pisanie dziennika jest chorobą" a w pana przypadku chyba "walką z chorobą jest równoznaczna z pisaniem dziennika".

      Dla mnie dziennik był terapią i okazał się skuteczną.

      Potęga literatury?

      Nie miałbym odwagi mojego pisania nazwać literaturą.

       

      Oglądał pan "Miłość" Michaela Haneke?

      Tak.

      I jak wrażenia?

      To znowu odkrycie, że można tak pięknie mówić o miłości i lojalności ludzi starych. Piękny film. Myślę sobie, że jeśli pożyję jeszcze z dwadzieścia lat, to może tego typu rola znalazłaby się i dla mnie. To dla aktora optymistyczne, gdy patrzy na kolegę dwadzieścia kilka lat starszego i że tak pięknie gra taką piękną rolę.

      Kiedy czytałem "Tak sobie myślę" i trafiłem na fragment o pańskim spotkaniu w windzie z Sylvią Kristel, przypomniała mi się anegdota z dziennika Jarosława Iwaszkiewicza o tym, jak leciał samolotem w sąsiedztwie Sophii Loren.

      On spotkał Sophię Loren, a ja tylko Sylvię Kristel, ale dziękuję za porównanie z Iwaszkiewiczem.

      Jak podsumowałby pan miniony rok?

      Jednym słowem: Wyzdrowienie. Ogromnie, intensywnie i każdego dnia cieszę się życiem. Jednocześnie tęsknie za filmem. Ostatnio grywam tylko za granicą, a w Polsce jakoś nie za bardzo. Niedawno bardzo dobrą rolę dostałem we Włoszech. Nie ukrywam, że jestem kapryśny. Przebieram w ofertach i nie łatwo mnie zadowolić. Zadowoliłaby mnie rola na miarę ról szekspirowskich. Mam też jeden film w głowie. Albo go zrobię, albo nie. Nie jestem z tych, którzy mają kilka projektów naraz. W "Obywatelu" chciałbym połączyć ze sobą różne gatunki z naciskiem na komedię i dramat.

      Czy podobnie zrobiłby pan film o Lechu Wałęsie, gdyby była taka możliwość?

      Nie zrobiłbym go, bo nie potrafiłbym zrobić takiego filmu. Nie umiałbym złapać historii, która się aktualnie dzieje. Nie mam takiego temperamentu, żeby realizować filmowe produkcje o tematyce społecznej. Jestem trochę na uboczu spraw politycznych. Nigdy mnie polityka specjalnie nie interesowała, a odkąd nastała tak zwana wolność, jestem szczęśliwy, że polityką nie muszę się w ogóle zajmować.

      Ale w pańskiej filmowej wizji chyba trudno o nią nie zahaczyć?

      Nie, dlaczego? Opowiem o pewnych naszych przywarach i kompleksach. Spojrzę na to raczej od strony psychologicznej, a nie społecznej. Bohaterem będę ja i twarz moja, ale też mojego syna. Będzie to działacz kulturalny. Gdy ktoś prowadzi zespół pieśni i tańca, nie musi mieć nic wspólnego z polityką. Tak jest z moją postacią. Chce być także dziennikarzem, takim Kapuścińskim, i jeździć po świecie.

      Czyli to będzie obserwator kluczowych wydarzeń?

      Za komunizmu trudno było być obserwatorem, bo to cię wciągało. Musiałeś w jakiś sposób się opowiadać.

      Chce pan tym filmem wywołać w Polsce trzęsienie ziemi?

      Nie, proszę pana, co to jest film? To krótka historia. Dobrze powiedział kiedyś Smarzowski: "Niech mój film zapamiętają przez dekadę, to będzie wielki sukces".

      Nie wierzy pan, że kino jest w stanie coś zmienić?

      Może jedynie coś uzmysłowić. W pamięci mam filmy, które pozwoliły mi odkryć pewne rzeczy. Chodzi o świat, który być może znałem, ale bałem się coś o nim powiedzieć. Ostatnim takim filmem jest "Pokłosie", które otworzyło dla mnie drzwi do rozmowy trudnej i czasem przykrej, ale jednak rozmowy.

      To co pan chce odkryć?

      Chciałbym, żeby ktoś się na takie tematy, jak te przedstawione w "Pokłosiu", się jeszcze roześmiał. Tak jak śmialiśmy się na filmie "Życie jest piękne" Roberto Benigniego.

      Trudno to osiągnąć.

      Niech pan to pozostawi mnie. To ja ryzykuję.

       

      28 grudnia 2012, Michał Hernes

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 maja 2017 16:39
    • Abraham: Nic nie wiedziałem o bitwie pod Wiedniem

      O Sobieskim, wódce Sobieski i o tym, dlaczego nasz bohater narodowy bije na głowę gwiazdę "Braveheart" mówi Stopklatce zdobywca Oscara F. Murray Abraham, który zagrał jedną z głównych ról w "Bitwie pod Wiedniem".

      W "Bitwie pod Wiedniem" wcielił się pan w Marka z Aviano, nazywanego "duchowym lekarzem Europy". Co znaczyło dla pana zagrać kogoś takiego?

      Odpowiem pytaniem na pytanie: gdzie jest ktoś taki teraz, kiedy desperacko go potrzebujemy? Gdzie podziali się przywódcy, którzy postępują moralnie? Dlaczego tak trudno wychować kogoś, kto zjednoczy wszystkich antagonistów w imię słusznego celu? Wierzę, że tacy ludzie są pośród nas i musimy czujnie ich wypatrywać. Trzeba wierzyć, że moralni liderzy zdołają w końcu wyjść z podziemia. Nie wolno nam popadać w cynizm i tracić wiary. Należy mieć nadzieję na lepszą przyszłość, wierząc w ludzkie dobro. W Marku poruszyła mnie właśnie jego niezachwiana wiara i ogromny humanizm.

      Jest też Włochem, podobnie jak Salierii, którego zagrał pan niegdyś w "Amadeuszu"Milosa Formana.

      Obaj są ludźmi wierzącymi, ale ich drogi się rozwidlają: Marek Boga kocha, a Salieri z Bogiem się spiera.  

      Co wiedział pan na temat tytułowej bitwy przed przeczytaniem scenariusza?

      Mówiąc szczerze: nic. Przepraszam za moją ignorację. Chodzi w końcu bardzo ważny moment w historii. Jan III Sobieski był wybitnym wodzem, po dziś dzień jest pod ziwiany przez wielu przywódców i generałów. Z opóźnieniem, ale dużo poczytałem o nim w internecie.

      Sporo osób na świecie kojarzy go przede wszystkim za sprawą wódki, która wzięła swoją nazwę od jego nazwiska…Nie ma w tym nic złego. Wierzę, że dzięki filmowi "Bitwa pod Wiedniem"ludzie będą przypominali sobie o jego wielkich umiejętnościach za każdym razem, gdy spojrzą na tę wódkę. Osobiście jestem bardzo Sobieskiemu wdzięczny za to, że uratował Wiedeń. Przecież gdyby nie on, Mozart nigdy nie spotkałby się z Salierim! Bardzo chciałbym odwiedzić Warszawę i położyć kwiaty pod jego pomnikiem jako wyraz wielkiego szacunku z mojej strony. Uważam, że Sobieski przewyższa głównego bohatera filmu "Braveheart", bo walczył w imię wartości ponadczasowych.

      Kontrowersyjny polski reżyser Andrzej Żuławskitwierdzi, że Sobieski popełnił największy błąd w historii, bijąc Turków pod Wiedniem. Jego zdaniem mielibyśmy święty spokój na kolejne sto pięćdziesiąt lat, gdyby Turcja w dalszym ciągu prała się z Rosją i Austriakami.

      Ta argumentacja brzmi przekonująco, ale należy zastanowić się nad tym, które zagrożenie jest większe: upadek Rzymu i, wraz z nim, kościoła katolickiego czy nieustanna wojna? To trudne pytanie.

      Zgadza się pan z tezą, że historia przedstawiona w "Bitwie..." ma charakter uniwersalny? 

      Na pewno jest ważna z wielu powodów. Udowadnia, że możliwe jest zawarcie sojuszu dla dobra nas wszystkich. Że polityka może zejść na dalszy plan. Prawo człowieka do wolności wyboru wiary uważam za najważniejsze. Jeśli chcemy przetrwać, musimy przełamać uprzedzenia.


      Michał Hernes

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 maja 2017 16:36
    • Małżeństwo humoru z patosem. Solondz w Stopklatce

      "Gdybym nawet w najmniejszym stopniu nie przejmował się życiem i losami swoich bohaterów, nie byłoby sensu, żebym się tym zajmował. Mówimy przecież o strasznie ciężkiej robocie. Cholernie trudno coś takiego zrobić, kompletnie się do tego dystansując"- mówi w wywiadzie dla Stopklatki amerykański reżyser Todd Solondz, najważniejszy gość drugiej edycji American Film Festival.Twórca ten otrzymał we Wrocławiu Indie Star Award.

      Michał Hernes: Przez pańskie filmy przewija się dużo dobrej i zróżnicowanej muzyki. Domyślam się, że pośrednio przyczyna tkwi w tym, że w przeszłości bardzo chciał pan zostać muzykiem.

      Todd Solondz: Tragedia polega na tym, że miałem wszystko poza talentem. Gdybym go posiadał, niewątpliwie poszedłbym właśnie w tym kierunku. Mojej mamie wydawało się, że jeśli kontynuowałbym naukę gry na pianinie, stałbym się kolejnym Władimirem Horowitzem. Niestety, trochę ją poniosła wyobraźnia.

      Proszę nie patrzeć na siebie tak autoironicznie. Trudno mówić o wielkich muzycznych zdolnościach Woody'ego Allena, ale mimo to namiętnie koncertuje, kiedy tylko nadarza się ku temu okazja.

      W moim przypadku po prostu cieszę się, że dane jest mi być filmowcem.

      Właśnie, porozmawiajmy o pańskich filmach. W "Opowiadaniu" jest scena, w której początkujący dokumentalista, grany przez Paula Giamattiego, pokazuje producentce filmowej fragmenty swojego dzieła, upierając się, że kocha swoich bohaterów. Producentka ma zupełnie inne zdanie na ten temat.

      W tej historii trochę bawię się tym, jak moje filmy są odbierane. Nie zamierzam nikogo osądzać, bo kocham moje postacie. Przede wszystkim jednak uważam, że film musi mówić swoją treścią sam za siebie. Gdybym nawet w najmniejszym stopniu nie przejmował się życiem i losami swoich bohaterów, nie byłoby sensu, żebym się tym zajmował. Mówimy przecież o strasznie ciężkiej robocie. Cholernie trudno coś takiego zrobić, kompletnie się do tego dystansując. Nie kręcę filmów o ofiarach losu, tylko raczej o ludziach, którzy za wszelką cenę próbują się nimi nie stać.

      Broni pan ich, tłumacząc, że bynajmniej nie chodzi panu o tworzenie osób obrzydliwych i groteskowych. Odpiera pan opinie, że czyni je to w pewnym sensie fantastycznymi.

      Musimy zrozumieć, że pomiędzy fantastycznością a obrzydliwością rozgrywa się prawdziwe życie. Czyni to te postacie podobnymi do mnie.

      Wielokrotnie podkreśla pan również, że nie potrafiłby pan zrobić filmu, w którym dramat nie spotyka się z komedią.

      Małżeństwo humoru z patosem niesamowicie mnie porusza, a przede wszystkim ogromnie bawi. Właśnie w ten sposób doświadczam życia i je odbieram. Myślę, że z tego powodu moje produkcje wywołują takie, a nie inne, reakcje.

      To prawda. Osobiście uwielbiam scenkę rozmowy przeciętnej amerykańskiej rodziny, która przy stole niespodziewanie zbacza na temat żydowskich korzeni i Hitlera. Urzekł mnie ten fragment "Opowiadania". Skąd wzięła się ta kapitalna szermierka słowna między synkiem, a jego rodzicami?

      Moi dziadkowi od strony matki pochodzą z Polski i ona także urodziła się w Europie. Dorastałem więc ze świadomością, że nigdy nie poznałaby mojego ojca, gdyby Hitler nie istniał. Wówczas nie musiałaby wyemigrować do Stanów Zjednoczonych.

      Tak, to ma sens. Pogadajmy jednak o innym pańskim wspaniałym dziele, to znaczy o "Happiness". Wujek Charlie wziął się podobno z inspiracji "Cieniem wątpliwości" Alfreda Hitchcocka. W trakcie seansu mogą się nasunąć skojarzenia z "Lolitą".

      To prawda, inspirowałem się wieloma rzeczami. Tytuły, które wymieniłeś, absolutnie się zgadzają, ale szczerze powiedziawszy, w trakcie pracy nad scenariuszem nawet nie zauważyłem, gdy wszystkie te pomysły zaczęły mi przychodzić do głowy i że pochodzą z ważnych dla mnie utworów albo z codziennego życia. Nie wiem, czy o tym słyszałeś, ale w ostatnim tygodniu w Ameryce wydarzył się wielki skandal. Wyszło na jaw, że trener futbolowej drużyny zgwałcił w Pensylwanii dziesięcioro dzieci. Dowodzi to, że pewne wydarzenia mają miejsce nieustannie. To więc niejako naturalne, że jako filmowiec czerpiesz z tego garściami.

      Skoro już zboczyliśmy na drażliwe tematy, warto porozmawiać o, ukazanym w "Palindromach", problemie aborcji, chociaż sam pan mówi, że film traktuje nie tylko o niej, ale także o samych bohaterach.

      A konkretnie stawia pytanie, czy człowiek może się zmienić i na ile pozostaje wtedy dawnym sobą. Chodzi o ważne pytania natury filozoficznej. Rzecz opowiada o małej dziewczynce, która za wszelką cenę chce stać się mamą. Nawet, gdy dowiadujemy się, że to nie może nastąpić, wciąż nie potrafi przestać tego pragnąć. I niewykluczone, że kiedyś się nią wreszcie stanie. Inną odmianą macierzyństwa, o której opowiedziałem w tym filmie, jest adopcja. Jak widać, staram się na to patrzeć z różnych stron czy punktów widzenia.

      Kompletne przeciwieństwo przyśpieszonego dojrzewania zaprezentował pan z kolei w swoim najnowszym filmie, czyli "Czarnym koniu".

      Tak, tu mamy do czynienia z bohaterem niedojrzałym i dziecinnym. To dorosły facet koło trzydziestki, który emocjonalnie wciąż znajduje się w szkole. Na jego przykładzie widać, że dojrzewanie bywa trudną i traumatyczną sprawą. Jeśli ogląda się dużo hollywoodzkich filmów czy amerykańskich programów telewizyjnych, widać, że dominuje w nich luźny i przyjemny, komediowy ton. Osobiście chciałem na całą sprawę spojrzeć z zupełniej innej strony. Nie wiem, czy zauważyłeś, ale rodzice głównego bohatera oglądają "Kroniki Seinfelda". Jason Alexander gra w tym serialu gościa o imieniu George. Moja postać to jego tragiczniejsza odmiana.

      To kolejna inspiracja, nie mogę więc nie zapytać o pańskich ulubionych pisarzy.

      Przyleciałem tu z moim bardzo dobrym przyjacielem, scenarzystą i literatem Brucem Wagnerem, którego twórczość uwielbiam. Z europejskich gryzipiórków bardzo lubię dzieła Thomasa Bernharda, Michaela Houellebecqa i wielu innych. Przeczytałem niedawno cudną książkę o samobójstwie. Napisał ją Edouard Leve. Był on Francuzem, który zaraz po jej napisaniu się zabił.

      Wracając jednak do sedna sprawy, chciałbym podkreślić, że to, że dana książka czy film bardzo mi się podoba, nie oznacza automatycznie, że mnie inspiruje. Prawdopodobnie bardziej inspirujące są okropne rzeczy, które dostrzegłem w słabych filmach i powieściach. Chodzi mi zwłaszcza o programy telewizyjne, które oglądałem, kiedy dorastałem. Była to rozrywka pusta i niskich lotów. Podam przykład. Gdy byłem mały, ogromnie wpłynęły na mnie "Dźwięki muzyki".

      Dlaczego?

      Miałem pięć lat i bardzo kochałem ten musical. Gdyby nie ta miłość, prawdopodobnie nie wyreżyserowałbym "Palindromów". Wszystkie słoneczne piosenki z mojej produkcji są wyraźnie zainspirowane tym, co śpiewała rodzina Trappów. Jak widać, czasem skutki takiej inspiracji zmierzają w niespodziewanym i zaskakującym kierunku.

      Na koniec muszę zapytać o jedną rzecz. Filmy kręci pan rzadko i ma pan problemy ze znalezieniem na nie funduszy. Może, wzorem Woody'ego Allena, powinien pan szukać ich w Europie?

      Pamiętaj, że mówisz o kimś, kogo produkcje mają znacznie większe budżety, niż moje. Fajnie byłoby pracować w komfortowych warunkach, ale jest, jak jest. Nie przesadzałbym natomiast z jego problemami. Moje nie podlegają dyskusji, ale nie robię z tego tragedii. Cieszę się, że mam jakąś widownie, sięgającą po moje dzieła.


      Michał Hernes, foto. Rafał Placek/AFF

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 maja 2017 16:32
    • Lech Majewski: film okrutniejszy niż horrory [wywiad]

      Moje filmy są bliskie seansom spirytystycznym - opowiada nam Lech Majewski, którego "Onirica" 17 kwietnia wchodzi do kin.

      Michał Hernes: Gdy następuje moje spotkanie z arcydziełami Dantego i z pańskimi filmami, najpierw odnoszę wrażenie, że czegoś się dowiedziałem, a potem uświadamiam sobie, że nie wiem nic, że prawda jest nieosiągalna.

      Lech Majewski Ale można się do niej zbliżać.

      Próbuje pan tego dokonać?

      Próbuję prowadzić uczciwą rozmowę z samym sobą. Każdy z nas okłamuje się na setki sposobów, inaczej byśmy oszaleli. W tym wszystkim kryją się jednak ziarna prawdy, które przetwarzam w obrazy. Widzę różne rzeczy na jawie i potem je realizuję. Przykładowo w „Onirice" jest scena z wołami orzącymi posadzkę w supermarkecie. Zobaczyłem ją wewnętrznym okiem na zakupach i wizja ta zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Wiedziałem, że wykorzystam ją w filmie. Część z pojawiających się w „Onirice" obrazów jest wynikiem moich studiów nad Dantem; skutkiem przeżywania jego niezwykle wizualnego poematu. „Boska Komedia" prowokuje bardzo silne wizje; zagęszczają się w wersach poematu tak bardzo, że na skórze czuje się kolce, przez które człowiek się przedziera. Obrazy te odpowiadają echem we współczesności.

      W czasie czytania „Boskiej komedii" uświadomiłem sobie, że znaczenie pewnych słów i metafor pochodzących z przeszłości pozostaje nieuchwytne dla współczesnych czytelników.

      Im bardziej tekst jest tajemniczy i niejednoznaczny, tym mocniej angażuje naszą podświadomość. Wchodzimy w ten świat, w twórczą krainę. Stajemy się równoprawnymi partnerami. To w nas rodzą się obrazy; nadajemy im życie. Bez nas są tylko martwą literą. Zatapiając się w nie, stajemy się artystami.

      Czy w „Onirice" pokazał pan to, co pan dostrzega, czytając Dantego?

      Opowiadam o podróży przez własne inferno, przez swoje najgorsze przeżycia, i o powolnej wspinaczce górą czyśćcową do wyzwolenia, gdzie przewodniczką staje się nieżyjąca Beatrice. Ten motyw stanowi podstawę narracyjną w „Onirice", ale nie chcę interpretować filmu za widza. Jeżeli ktoś ogląda moje filmy, jest zaproszony do współuczestnictwa. Mówiąc szczerze, sam nie do końca rozumiem wielu z tych obrazów, choć powodują we mnie określone emocje. Mogę jedynie podejrzewać, co oznaczają. Sporo z nich mnie zaskoczyło.

       

       
       
       

       


      Co było w nich dla pana zaskakujące?

      Na przykład scena z jajkiem, którą tak zobaczyłem i w ten sposób zrealizowałem.

      Co sprawia panu największe problemy w interpretacji dzieł Dantego?

      Nie rozpatrywałbym tego w kategorii problemu. Celowo pewnych rzeczy nie chcę rozumieć. W patrzeniu na człowieka jestem realistą. Moje filmy są bardziej realistyczne niż np. telenowela, w której świat jest wypreparowany i zmanipulowany. Telenowela pokazuje jedynie wybiórcze i fragmentaryczne sytuacje, podczas gdy ja zanurzam się w skomplikowaną osobowość człowieka. Jest w panu więcej niewiedzy niż samowiedzy. We mnie - tak samo. Wiem o sobie niewiele i podejrzewam, że pan też. Czasami wydaje się, że ktoś inny ma o nas większą wiedzę, a tak naprawdę poruszamy się w ciemnościach. Akceptuję ten stan rzeczy - to niekoniecznie jest ułomność - człowiek nie musi wiedzieć wszystkiego. To wyraz jego lęku, z którym powinniśmy się pogodzić. Mówię o naturalnej funkcji naszego życia. Słynne filozoficzne pytania brzmią: „Skąd przychodzisz?", „Dokąd zmierzasz?" i „Kim jesteś?". To najtrudniejsze zagadnienia i prawdopodobnie nie poznamy na nie odpowiedzi. Jeżeli chodzi o trzecie pytanie, filozofowie od dawna powtarzają, że musisz je powiesić nad drzwiami do swojego świata i próbować znaleźć odpowiedź.

      Kim pan jest?

      Osobą skomplikowaną. Widać to, gdy obserwujesz sam siebie. Większość z nas boi się tej obserwacji.

      Pan się nie boi?

      Stopniowo w życiu pozbywałem się lęków, ale przesadą byłoby stwierdzenie, że zupełnie się ich pozbyłem.

      Gdyby nie był pan odważy, nie realizowałby pan takich filmów.

      Tak mówią.

      Pan twierdzi inaczej?

      Dla mnie to już jest droga bez wyjścia, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Nie jestem na to skazany, dokonałem wyboru i idę. To o wiele ciekawsze niż realizowanie z góry narzuconych mi scenariuszy. Mam na myśli bycie reżyserem do wynajęcia, jak to ma miejsce w Hollywood. Dostawałem stamtąd propozycje obcych mi tematów.

       

      Onirica Lech Majewski
      "Onirica" (reż. Lech Majewski) - kadr z filmu

      Jakich?

      Zrealizowałem film zatytułowany „Więzień Rio", opowieść o policjantach i złodziejach. Bardziej w tym filmie interesowało mnie Rio de Janeiro i karnawał. Produkcja, którą zleciła mi duża wytwórnia Columbia TriStar, przyniosła spore dochody. Otrzymywałem później oferty realizacji filmów w podobnym klimacie, ale odmawiałem. Nie daje mi to twórczej satysfakcji, jedynie prestiżową i finansową. Przysyłano po mnie Rolls-Royce'a z kierowcą w liberii i mieszkałem w zamku. Takimi przywilejami cieszyli się reżyserzy pracujący w wytwórni Pinewood. To wyższa półka luksusu, ale zrezygnowałem z niej, gdyż mogę robić jedynie to, co mnie interesuje i co wymaga pokory, małych budżetów, mieszkania w podłych hotelach i podróży drugą klasą. Ale to mała cena za możliwość realizowania samego siebie. Za bycie wolnym.

      Dzięki temu powstały takie filmy jak „Onirica" czy „Ogród rozkoszy ziemskich". Zupełnie inaczej patrzy się na nie, gdy przeżywa się podobne dramaty i refleksje.

      Chyba tak.

      W „Teorii filmu" Siegfried Kracauer napisał, że „(…) uczyliśmy się w szkole o Gorgonie Meduzie, którego twarz była tak okropna, że jej widok obracał ludzi i zwierzęta w kamień. Gdy Atena kazała Perseuszowi zabić potwora, ostrzegła go, by nie ważył się spojrzeć w twarz Meduzy, tylko patrzał w jej oblicze w wypolerowanej tarczy".

      Nietzsche powiedział: „Nie patrz w otchłań, bo ona spojrzy w ciebie". To właśnie ta meduza.

      Kracauer dodał: „(…) Nie możemy widzieć oczywistych okropności (…) prawdę o nich możemy poznać tylko z obrazów, które je wiernie reprodukują (…) ze wszystkich istniejących mediów tylko kino trzyma lustro przed naturą".

      Być może, ale nie zakładam, że to aż meduza. Tworzą ją raczej Austriacy. Filmy Michaela Haneke i Urlicha Seidla są bezwzględne i okrutne; pokazują przerażające okrucieństwo. Inna sprawa, że w kinie panuje obecnie znieczulica. Przypominało mi się moje zaskakujące spotkanie z Ritą Gombrowicz w Luwrze. Podeszła do mnie po projekcji „Młyna i krzyża" i powiedziała, że to najbardziej okrutny film, jaki kiedykolwiek widziała. Popatrzyłem na nią i odparłem, że chyba żartuje, bo o wiele okrutniejsze są choćby horrory. Machnęła ręką i odpowiedziała: „Tak, ale tamte to są tylko filmy".

      CZYTAJ DALEJ >>>



      Onirica Lech Majewski
      "Onirica" (reż. Lech Majewski) - kadr z filmu

      Czy dusze twórców żyją w ich dziełach, na przykład Dantego w „Boskiej komedii"?

      A jak pan myśli?

      Chcę wierzyć, że tak.

      Oczywiście, że tak. Mało tego, żyją aktywnie. Przy „Onirice" rozmawiałem z człowiekiem, który tworzył siedemset lat temu. Często rozmawiałem również z Breughlem przy „Młynie i Krzyżu".

      O czym?

      O filozofii ukrywania i pokazywania.

      W czym się ona objawia?

      Wystarczy spojrzeć na jego obrazy. Ukrywa w nich najważniejsze rzeczy.

      A pan?

      Staram się postępować podobnie. Idę w przeciwną stronę, niż wymagana plakatowość dzisiejszych czasów, polegająca na stawianiu kawy na ławę. Dlaczego trzeba ukrywać? Bo to ma większą moc i znacznie silniej promieniuje.

      Chociażby w „Onirice", w której dramat zwykłego człowieka zazębia się z „Boską komedią". Skąd wziął się ten pomysł?

      To przerażające, że współczesne czasy chcą niszczyć wielkość człowieka. Przecież życie jest nam dane także w wymiarze mitycznym, symbolicznym i eschatologicznym. To od nas zależy, czy damy się przytłoczyć, żyjąc ochłapami, czy nie. Nie chcę rozmawiać z ludźmi głupimi, tylko z tymi, których cenię i podziwiam.

      Kogo pan podziwia?

      Na przykład Breughla. Dlatego spotkałem się z nim w swoim filmie.

      Czy podziwia pan widzów?

      Gdy ich znam. Niech pan nie opowiada mi o abstrakcji. Co to znaczy „widzowie"?

      Rozmawiam z mistrzem abstrakcji, mimo tego realizmu.

      „Widzowie" to abstrakcja. Jeżeli widzem jest pan albo ktoś inny, kto do mnie mówi, wtedy słucham go z uwagą. To konkretny człowiek, będący światem. Uważam, że widz jest twórcą, ponieważ wykazuje większą aktywność ode mnie. Ja już ten film wyreżyserowałem. To już przeszłość, podczas gdy widz tworzy mój film w chwili oglądania. Niedawno uczestniczyłem w Niemczech w dyskusji o „Młynie i krzyżu", którego dawno nie widziałem. Pierwotnie chciałem zobaczyć jedynie początek i sprawdzić, czy techniczne standardy kinowego pokazu są dobre. Miałem wyjść, ale film nieoczekiwanie mnie wciągnął. Okazało się, że zapomniałem większości scen. Patrzyłem na niego jak na twór kogoś innego. W czasie dyskusji po filmie ludzie zadawali mi pytania, tymczasem ja czułem się bardziej widzem niż twórcą. Przedziwne uczucie.

      Często się to panu zdarza?

      Nie, to był pierwszy raz.

      Wraca pan do oglądania swoich filmów?

      Unikam, ale są wyjątki jak ten w Niemczech. Kiedy miałem retrospektywę w Buenos Aires w ogromnym kinie, na „Angelusa" przyszło dwa tysiące osób. Zostałem na projekcji, żeby zobaczyć jak moja śląska opowieść sprawdzi się na drugiej półkuli. Ku mojemu zdumieniu reakcje Argentyńczyków były idealne. Bariera językowa i inna mentalność nie miały znaczenia. Paradoksalnie, gdy wyświetlano „Angelusa" w Katowicach, nikt się nie śmiał i nie reagował tak spontanicznie jak Argentyńczycy. W Ameryce Południowej moje filmy są bardzo dobrze odbierane. Dwa lata temu byłem gościem honorowym w Kolumbii, na festiwalu młodych twórców południowoamerykańskich i fotografowano mnie niczym białego niedźwiedzia w Zakopanem.

      Trudno być prorokiem we własnym kraju?

      Być może, ale kto wie, może mieszkańcy Ameryki południowej lepiej rozumieją realizm magiczny. Możliwe, że ich mentalność jest bardziej skierowana na poezję widzenia. Być może jestem dla nich orientalny i egzotyczny i trafia do nich ten rodzaj myślenia i obrazowania.

      W Polsce nie jest pan należycie doceniany.

      Mam inne zdanie na ten temat, ale chwała Bogu, że nie jestem w wyobraźni masowych widzów.

      Oglądając „Oniricę", zastanawiałem się, jakie ma pan zdanie odnośnie Polski.

      Pokazałem to w filmie.

      Czy Polska pana wkurza?

      Jak można tak mówić? To moja ojczyzna, najważniejsze dla mnie miejsce. Mówi pan o ludziach czy o polityce? Owszem, są wydarzenia, że ręce człowiekowi opadają, ale nie opowiadam o nich w incydentalnym tonie, tylko w duchu Dantego.

      To budujące, że choć jest pan obywatelem świata, jednocześnie odczuwa pan dumę ze swojej polskości i ciągle do Polski wraca.

      Tu się urodziłem i wychowałem. W Polsce przeżywałem geniusz młodości. Bycie młodym to formatywny okres, kiedy wszyscy czujemy się wielcy. Tylko co z tego potem zostaje? Na ile opanowuje nas lęk, a na ile odwaga?

       

      Lech Majewski Onirica
      "Onirica" (reż. Lech Majewski) - kadr z filmu

      Pana opanowała odwaga?

      Trudno powiedzieć. Być może tak.

      Powróćmy do Polski, a konkretnie do Katowic. Francis Ford Coppola, będący pod wrażeniem muzyki do filmu „Dracula", zapytał Wojciech Kilara o jego inspiracje. Polski kompozytor odparł: „Żeby to zrozumieć, musiałbyś żyć w Katowicach".

      Henryk Mikołaj Górecki opowiadał mi kiedyś, że dostał zamówienie na utwór dla New York Ballet. Poleciał tam, zakwaterowano go w luksusowym apartamencie hotelu Plaza, zainstalowano fortepian marki Steinway, a on chodził po Central Parku i się nim zachwycał; oczarowała go energia Manhattanu, ale w Nowym Jorku nie napisał ani jednej nuty. A wróciwszy do Katowic, od razu machnął cały balet. W konkluzji zapytał mnie, czemu tam nic nie napisał, a tu, na Śląsku, przyszło mu to jak z płatka. Odpowiedziałem, że sprawa jest prosta - tu, w Katowicach, mieszkamy nad pokładami węgla. A przecież węgiel jest skomasowaną energią słoneczną. Jest niejako negatywem słońca. A życie wszelką energię czerpie właśnie ze słońca.

      Gdzie najlepiej pisze się panu scenariusze i książki?

      Nigdzie. Nie lubię pisać. To ogromny wysiłek.

      Lepiej reżyserować?

      Tak, bo wówczas przebywasz z ludźmi. Kartka papieru jest bezwzględnym sprawdzianem. Piszę tradycyjnie - wiecznym piórem na papierze. W pisaniu prozy zdarzają się piękne momenty, gdy nagle nachodzi człowieka wewnętrzny głos i płynie przez niego muzyka słów, treści i sensu. Pracując nad scenariuszem, staram się ograniczać słowa do minimum - piszę białym wierszem. Dążę do stworzenia najkrótszego słownego komunikatu, który dawałby największą pojemność wizualną. To trochę ćwiczenie z poezji, a przecież zaczynałem jako poeta i malarz.

      Powierzyłby pan swój scenariusz innemu reżyserowi?

      Trudno powiedzieć. Życie chroni mnie przed takimi sytuacjami.

      Jakie magiczne momenty przeżył pan na planie „Oniriki"?

      Gdy filmowaliśmy w lesie nieruchome osoby i spanoramowaliśmy na korony drzew, drzewa zaczęły szaleć i kołysać się w nagłym podmuchu wiatru. Taki nagły kontrast. Innym razem dwa gołębie idealnie zagrały w scenie finałowej. Wszystko zgadzało się z ruchem kamery. To magia. Mam bardzo dobre relacje ze zwierzętami. To niesamowite, jak mnie słuchały sarny w czasie prac nad „Pokojem saren", choć to dzikie i kruche zwierzęta. Przedziwne rzeczy działy się na planie „Wojaczka". Córka poety, Dagmara, miała wrażenie, że wywołujemy duchy. Moje filmy są bliskie seansom spirytystycznym.

      [Rozmawiał: Michał Hernes]

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 maja 2017 16:30
  • wtorek, 02 maja 2017
    • Małgorzata Szumowska: kobiety na planie łagodzą obyczaje [wywiad]

      W tym roku do konkursu w Cannes zakwalifikowały się tylko trzy kobiety, tymczasem we Francji jest coraz więcej kobiet-reżyserek - mówi nam Małgorzata Szumowska, która dołączyła do kobiecego filmowego kolektywu Do It Together.

       

      Michał Hernes: Co panią zainteresowało w projekcie Do it Together?

      Małgorzata Szumowska: Wszystko. Podoba mi się, że w ramach tej inicjatywy organizują się kobiety z całego świata. Nie są to anonimowe osoby, ale niezły zestaw reżyserek, aktorek i producentek. Projekt sprowadza się do tego, by zyskały fundusze na robienie nie tyle kina kobiecego, co czegoś dla kobiet w kinie. Wciąż brakuje większej ilości takich inicjatyw. Szczególnie w Polsce. Wyraźnie widać, że na rynku filmowym kobiety stanowią mniejszość. Gdy o tym mówię, nie chodzi mi tylko o porównanie ze sobą ilości reżyserek i reżyserów, ale też o werdykty na festiwalach i filmy zakwalifikowane do konkursów. Złotą Palmę w Cannes zdobyła tylko jedna jedyna reżyserka. Na szczęście pojawia się coraz więcej reżyserek i świetnie sobie radzą. Pokazały to chociażby zeszłoroczne polskie Orły, choć takie przypadki wciąż traktuje się jak odkrycie i niespodziankę. Cieszę się, że kobiety wspierają się w ramach różnych organizacji i te, które mają siłę w Hollywood, są w stanie pomóc innym reżyserkom. Skutki takich działań są wymierne i konkretne.

      Kto pani pomógł w przeszłości?

      Wojciech Jerzy Has. Jeśli chodzi o kobiety, na pewno pomagała mi Agnieszka Holland. Producentem, który mnie odkrył, był natomiast Karl Baumgartner, który współpracował z Emirem Kusturicą i miał zrobić ostatni film Andrieja Tarkowskiego. Obecnie mogę też liczyć na pomoc innych kobiet-reżyserek ze świata. Takie wsparcie najbardziej sprawdza się jednak na początku artystycznej drogi. Później trzeba się usamodzielnić.

      Czyli Do It Together powstało z myślą o młodych kobietach ze świata kina?

      Nie tylko młodych i początkujących, ale w ogóle kobiet pracujących w branży filmowej. Celem tej kobiecej solidarności jest wyrównanie zarobków, naszych szans na festiwalach i w gremiach jurorskich. Każda młoda bądź starsza zdolna kobieta jest mile widziana.

      Ma pani na myśli parytet, przykładową osobną nagrodę dla kobiet na festiwalu?

      Nie, to byłoby głupie. Nie tędy droga. Chodzi o ilość filmów robionych przez kobiety. Trudniej jest nam zdobyć budżet, przekonać innych do swojego projektu i zrealizować film. Wciąż powstaje za mało takich filmowych produkcji. W tym roku do konkursu w Cannes zakwalifikowały się tylko trzy kobiety, tymczasem we Francji jest coraz więcej kobiet-reżyserek. Jeżeli wzrośnie ilość filmów realizowanych przez panie, przełoży się to na wzrost ich ilości w festiwalowych konkursach i będą dostawały więcej nagród. Jeden Oscar i jedna Złota Palma na przestrzeni kilkudziesięciu lat to bardzo mało. Z czego to wynika? Z tego, że tak niewiele filmów reżyserowanych przez kobiety dochodziło do etapu, w którym mogły o coś powalczyć.

       

       

      Poza tym nie były mile widziane w szkołach filmowych.

      Dokładnie, to się dopiero teraz zaczyna zmieniać, a jednocześnie coraz więcej kobiet robi coraz lepsze filmy. Mam na myśli chociażby Kasię Klimkiewicz. To bardzo zdolna osoba, która na pewno zrealizuje jeszcze coś super fajnego. Agnieszka Smoczyńska też jest utalentowana i ma w sobie pazur. Ze świata mogłabym wymienić Deniz Gamze Ergüven, która wyreżyserowała "Mustanga" czy Jessikę Hausner ["Szalona miłość", "Lourdes" - dop. red.]. Ilość reżyserek robiących filmy, które przebijają się do świadomości krytyków i nawet szerokiej publiczności, jest ogromna.

      Czyli żyje Pani w dobrych czasach?

      Na pewno są przychylniejsze dla kobiet. Widzę, że zaczyna mieć przełożenie, że jesteś kobietą i równocześnie reżyserką. Wcześniej nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Dopiero przez ostatnie dwa lata to zauważyłam, bo zaczęto się do mnie zwracać z różnymi projektami.

      Czy reżyserka musi się bardziej starać, być bardziej asertywna i twardsza?

       

      Tak, to bezwzględny zawód dla kobiety, która najczęściej przebywa na planie z pięćdziesięcioma mężczyznami. Jeśli kobiety pracują w branży filmowej, przeważnie są aktorkami albo odpowiadają za make-up lub kostiumy. Jako reżyserka nagle jesteś otoczona pięćdziesięcioosobową grupą mężczyzn, którzy traktują cię jako osobę o odmiennej płci, tak zwanej płci słabszej. Jeżeli nie udowodnisz im od razu, że w ogóle nie ma takiego podziału, i że możesz sprawować władzę, bardzo szybko wejdą ci na głowę. Kobiety sporo przez to tracą, wkładając w to ogromną energię, którą można by poświęcić na robienie sztuki. Pokazują na przykład, że olewają swoje dzieci i zapominają o nich, bo teraz skupiają się na filmie.

      Spotkałem się z opinią, że kobiety na planie filmowym łagodzą obyczaje i wprowadzają lepszą atmosferę.

      Na pewno tak jest. Wbrew prześmiesznym opiniom, jakie o mnie krążą, jestem osobą bardzo spokojną i życzliwą względem mojej ekipy filmowej. Często od nich słyszę, że mam w sobie dużo kobiecego ciepła. Nie rywalizuję z nimi, podczas gdy mężczyźni bywają względem siebie bardzo konkurencyjni. Mam już pewną pozycję i ciągle pracuję z tą samą ekipą, nie muszę im więc niczego udowadniać, a oni bardzo mnie lubią. Darzą mnie sympatią i czasem odczuwają wręcz chęć opiekowania się mną. Podejrzewam, że mniej przyjemnie jest na planie z reżyserem-mężczyzną, który wrzeszczy i chce pokazać swoją władzę. Zgadzam się, że kobiety łagodzą obyczaje. Im więcej kobiet na planie, tym lepiej.

      To krzepiące, że można być miłym, a jednocześnie wzbudzać szacunek na planie.

      Na taką pozycję trzeba sobie zapracować latami. Na początku wyglądało to inaczej. Zawsze starałam się być miła, ale przychodziły momenty krytyczne, gdy trzeba było pokazać, że nie dam sobie wejść na głowę. Wiele moich koleżanek mogło to źle znosić. Masz 28 lat, przychodzisz na plan i wszyscy ci faceci oceniają cię, zastanawiając się, co umiesz.

      Czyli na początku trzeba być twardym?

      Tak, ale twardość nie polega na tym, że się sztucznie krzyczy. Chodzi o to, by wiedzieć, czego się chce i nie dać się zbić z pantałyku. To zawsze wzbudza szacunek ekipy.

      Musi Pani walczyć o pieniądze na filmowe produkcje?

      Od paru lat moje filmy odnoszą jakieś sukcesy, więc producenci sami do mnie przychodzą, ale nie korzystam z ich usług, bo założyliśmy własną firmę producencką. Nie mogę powiedzieć, żebym miała problem z finansowaniem swoich filmów. Bardzo dużo ludzi chce je finansować i przynoszą zyski w kinach. Nie muszę prosić ludzi o pieniądze. Rzecz jasna dotyczy to pewnego pułapu, a konkretnie - miliona euro. Wszystkie filmowe produkcje o większym budżecie wymagałby większego wysiłku i szukania wsparcia zagranicą. Dostaję sporo propozycji realizowania zagranicznych koprodukcji, jednak celowo nie angażuję się w nie, bo wtedy nie robi się filmu co dwa lata, tylko co cztery lata. Tyle trwa procedura zgromadzenia międzynarodowych funduszy.

      Jakie ma Pani rady dla młodych reżyserek?

      Trzeba zawsze być sobą, nie oglądać się na nic i nie brać porażek za bardzo do siebie. Trzeba po prostu iść cały czas do przodu i robić dużo filmów, a nie czekać latami.

      Chociażby na debiut.

      Mamy PiSF, więc pod tym względem nie jest u nas tak tragicznie. Dużego wsparcia udzielają też prywatni inwestorzy, do których obrotna osoba może się udać. Nie narzekałabym zbyt mocno na finanse. Przynajmniej do tej pory zawsze te pieniądze dawało się znaleźć. Nie wiem, jak będzie teraz i w przyszłości. Polskie kino się zwraca. Na polskie kino chodzą ludzie. Polskie kino jest bardzo dobrą maszyną i moim zdaniem wcale nie jest tak trudno zadebiutować w Polsce, jak w innych krajach. Na przykład w Rumunii, a dwóch reżyserów z tego kraju pokazało swoje filmy w konkursie w Cannes. To czasem działa w drugą stronę. Trudność bywa twórcza.

      [Rozmawiał Michał Hernes]

       

       

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 maja 2017 11:51
    • Odrzuciłem propozycję robienia "Szybkich i wściekłych 7"

       

      O swoich nowych projektach, pracy w Hollywood i filmie „Na głębinie", który od 6 grudnia możecie oglądać w kinach, opowiada Stopklatce islandzki reżyser Baltasar Kormakur, autor "101 Reykjavik".

      Michał Hernes: Chciałbym zacząć nietypowo, to znaczy od pytania, co pan sądzi o „Grawitacji" Alfonso Cuarona?
      Baltasar Kormakur: Została bardzo dobrze i pięknie zrealizowana. Oglądanie jej to wspaniałe doświadczenie.

      Pytam, bo wyreżyserował pan film „Na głębinie", w którym główny bohater mierzy się z wielką wodą.
      W pewnym sensie obie te historie są do siebie podobne. W jednej z nich celem jest dotarcie do brzegu, a w drugiej- do planety Ziemia. Nie miałem jednak aż takiego budżetu, jak Curaon.

      Co zaintrygowało pana w tej historii?
      Analogicznie jak w filmie „Grawitacja", jest coś fascynującego w tym, gdy samotnie musisz się mierzyć z przyrodą. Zmusza cię to do zadania pytań, jak się z tym uporać i przetrwać. Rodzi się pytanie, dlaczego jednym się to udaje, a innym nie. W obliczu ekstremalnej sytuacji zdarza się, że ktoś pozornie słaby staje się niesamowicie silny. Uważam, że najważniejszą role odgrywa siła mentalna i zdecydowanie góruje nad fizycznością.

      Jest pan silny?
      Wydaje mi się, że tak.  Uwielbiam tygodniami jeździć konno po górach. Lubię testować siłę swojego charakteru i sprawdzać, jak radzę sobie z przeciwnościami losu. Kiedy przez dwa tygodnie podróżujesz na koniu, codziennie pojawiają się jakieś problemy. W takich sytuacjach świadomie wchodzę w rolę lidera, chociaż nie mnie oceniać, czy jestem dobrym przywódcą. Tę sytuację można porównać do kręcenia filmu, gdzie jedni stają się coraz silniejsi, natomiast inni wybierają krótszą i prostszą drogę, kręcąc reklamówki. Realizując film, przez większość czasu przebywasz z określoną grupą ludzi, z daleka od domu. W takich momentach uwidacznia się prawda na temat danego człowieka. Osobiście kocham być częścią projektu, nad którym pracuję i przebywać z innymi.

      Z jakimi wyzwaniami zmagał się pan, reżyserując „Na głębinie"?
      Filmowanie scen na oceanie nie należało do łatwych. Osiemdziesiąt procent Islandczyków mieszka w sąsiedztwie morza, a ocean północnoatlantycki to bardzo gniewne wody. Zależało nam na uchwyceniu realizmu, więc musieliśmy spędzić na ocenie miesiąc czasu. Początkowo nie za bardzo miałem pomysł, jak się za to wszystko zabrać. Nie sądzę, by ludzie pływali po oceanie z kamerą. Jedno z wyzwań było związane ze sceną tonięcia łodzi. Pierwotnie chcieliśmy nakręcić ją tylko raz, ale ostatecznie okazało się, że musieliśmy to powtórzyć. Dodatkowo, kiedy potrzebujesz łodzi, by ją potem zatopić, nie możesz jej wypożyczyć. Byliśmy więc zmuszeni ją kupić. Ekipa filmowa zmagała się też z chorobą morską, ale niezależnie od wszystkich tych trudności, pozostaną w nas ciepłe wspomnienia związane z kręceniem tego filmu.

      Na głębinie
      W pana filmie bohater rozmawia w pewnym momencie z ptakiem.
      To wydarzyło się naprawdę. Takie detale ułatwiały mu przetrwanie. Uznałem, że jest to przepiękne, abstrakcyjne i absurdalne. Dużo czytałem o ludziach znajdujących się w podobnych sytuacjach. Inny człowiek, który przetrwał, choć znalazł się w równie ekstremalnej sytuacji, śpiewał przez cały czas „Papa songs". To sedno sprawy- znaleźć eskapistyczne światełko nadziei w czymś bardzo prostym. Nawet w rozmowie z ptakiem. Może to wyglądać na filmowe licentia poetica, ale to naprawdę miało miejsce.

      Co jeszcze jest w pańskim filmie oparte na faktach?
      Wszystko. Oczywiście nie jesteśmy w stanie udowodnić, że wszystkie te wydarzenia naprawdę miały miejsce. Delikatnie odbiegają od prawdy niektóre relacje między bohaterami, aczkolwiek staraliśmy się możliwie jak najbardziej zbliżyć do prawdy.  Poza tym nie chciałem tej historii udramatyzować tak, jak to się robi w Hollywood. Chodzi o umieszczenie w filmie wielkich dramatycznych scen, gdy bohater wraca do domu ze łzami w oczach. Wydaje mi się, że ta historia na tyle się broni i jest na tyle mocna, że nie ma takiej potrzeby. To by w pewnym sensie zabiło mój film. Nie lubię, gdy do takich produkcji wplata się cukierkowatość.

      Co sądzi pan o „Życiu Pi" Anga Lee?
      Podobało mi się. Mam słabość do takich wizualnych przygód. Zwłaszcza, kiedy są równie perfekcyjnie zrealizowane. Nie przypadło mi do gustu zakończenie i rozmowy w kuchni. Wybrałem się na ten film z moimi synami. To było fantastyczne przeżycie, także ze względu na obserwowanie ich reakcji.

      Mógłby pan zrealizować tego typu produkcję?
      Myślę, że tak, chociaż niekoniecznie rozglądam się za takimi ofertami. Aktualnie pracuję nad filmem „Everest". Opowiem w nim o autentycznej tragedii. Realizuję też thrillery, które nie mają nic wspólnego z rzeczywistością, czyli na przykład „Agentów".

      Proszę powiedzieć coś więcej o „Evereście".
      Film opiera się na dwóch wydarzeniach, które miały miejsce w 1996 roku. Powstało na ten temat wiele książek. Najbardziej znana z nich to „Into Thin Air" Jona Krakauera, ale nie opowiadamy tej historii z jego perspektywy. Istotną rolę odegrali Rob Hall i Beck Weathers. Jeden przeżył, a drugi to jeden z najsłynniejszych wspinaczy, który zginął w czasie wyprawy na górę. Chcemy opowiedzieć o komercjalizacji Everestu. Kiedy zaczyna się traktować w ten sposób góry, robi się to niebezpieczne. Samo Everest jest natomiast niesamowity. Gdy tam przebywasz, to tak jakbyś był na księżycu.

      Podoba mi się to, jak łączy pan w swoich filmach humor z melancholią. Skąd to się wzięło?
      Taki po prostu jestem. Mam słabość do czarnego humoru, kiedy więc kręciłem dramat „Bagno", nie mogło go w nim zabraknąć. Nie lubię trzymać się sztywnych schematów związanych z gatunkami filmowymi. Wolę je przełamywać.

      W „Bagnie" zaskoczyła mnie scena, w której bohater zjada głowę owcy.
      Właśnie o taki czarny humor mi chodzi. Wiele osób uznało, że ten fragment jest obrzydliwy i prawdopodobnie każdy krytyk filmowy na świecie napisał, że to najbardziej przerażająca scena w tym filmie. Musimy jednak pamiętać, że dla Islandczyków jest to przepyszna potrawa.

      Na głębinie
      W filmie „Morze" też nie brakuje specyficznych smakołyków. Jaka jest najdziwniejsza rzecz, jaką pan kiedykolwiek zjadł?
      Jem wszystko, ale najdziwniejsze były prawdopodobnie owcze jądra. W Islandii musimy magazynować jedzenie na zimę. Jemy więc każdą rzecz, dopóki się do tego nadaje. W związku z tym zdarzają się posiłki wyjątkowo obrzydliwe. Potrawy z rekina, popijane zimną wódką, są naprawdę świetne. Jednocześnie wydaje mi się, że zarówno w „Bagnie", jak i w innych moich filmach, jest coś pokrewnego klimatowi wschodniej Europy. Odnoszę wrażenie, że Islandczycy czerpią z tego dziedzictwa w większym stopniu, niż się powszechnie uważa. Film „Bagno" zawiera w sobie wiele piosenek z Rosji. Ludzie w Islandii nie do końca zdają sobie sprawę z tego, że w przeszłości śpiewali je rosyjscy mnisi. Kiedy dorastałem, te klimaty były nam bliższe, niż kultura rodem ze Stanów Zjednoczonych. Wychowałem się na filmach Krzysztofa Kieślowskiego i Elema Klimowa. Uważam, że towarzyszą nam podobne egzystencjalne rozterki. Mamy w sobie nie tylko coś intelektualnego, ale też zwierzęcego. Prawdopodobnie ma na to wpływ zimna temperatura. Trudno mi poczuć podobną więź z kinem amerykańskim i brytyjskim. Moim zdaniem Brytyjczycy nie nadają się do wystawiania i ekranizowania Czechowa, natomiast Islandczycy- jak najbardziej. Czechow w wersji brytyjskiej jest dla mnie bezsensu.

      Jak więc odnajduje się pan w USA?
      Czuję się tam niczym gość. Lubię odwiedzać Amerykanów, ale nie zamierzam osiąść tam na stałe. Żeby realizować filmy na Islandii, potrzebne mi są pieniądze, które zdobywam w Stanach. Wierzę, że dzięki temu będę mógł reżyserować własne projekty z większym rozmachem.

      Czyli ‘"Agentów" zrobił pan tylko dla pieniędzy?
      Częściowo tak, częściowo nie. Między Islandią i Polską a Ameryką jest- pardon- pieprzona, duża przepaść. Stanowi to problem, gdy chce się realizować u siebie większe filmy. Osobiście lubię hollywoodzkie produkcje, ale tylko te, które nie próbują traktować siebie zbyt serio. Nie należę do wielkich zwolenników „Mrocznego Rycerza" i ostatniego Bonda. Gdy Batman mówi mi tym swoim charakterystycznym głosem, jak powinienem żyć, mam problem z uwierzeniem w to wszystko. Podobne problemy sprawia mi patrzenie na to, jak James Bond płacze. Dla porównania „Butch Cassidy i Sundance Kid", „Co z oczu, to z serca" czy „Dorwać małego" podobają mi się, bo dostarczają widzowi frajdy. Podobnym tropem starałem się podążać na początku mojej reżyserskiej kariery. Analogicznie trudno doszukać się realności w filmach Almodovara. Zwłaszcza, gdy opowiada o zakonnicy zapłodnionej przez transwestytę. Uwielbiam ten rodzaj igrania z historią i puszczania oka do widza.

      Zrobienie jakich filmów się panu marzy?
      Chociażby filmu, który chcę zrealizować na bazie starej islandzkiej baśni o dwóch zwariowanych wikingach. Byłoby w nim dużo czarnego humoru. Będzie to historia o pięknej przyjaźni dwóch facetów, mających w sobie idealizm Don Kichota, ponieważ wikingowie stają się melodią przeszłości. Tymczasem ci dwaj pieprzeni idioci krążą po zadupiu, zabijają starych rolników i piszą o tym wiersze. Szaleństwem jest jednak oczekiwanie, że ktoś z Hollywood wyłoży pieniądze na opowieść rodem z najmniejszego kraju na świecie i pozwoli zrobić z tego trylogię. Zwłaszcza, że tego się nie da opowiedzieć w języku angielskim. Bohaterowie muszą się posługiwać językiem islandzkim. Bardzo interesuje mnie także scenariusz niemego czarno-białego filmu o magiku, który naprawdę zniknął w czasie wykonywania magicznej sztuczki. Kocham też teatr i chciałbym wystawić jakiś spektakl.

      Jakie oferty z Hollywood pan odrzucił?
      „Szybkich i wściekłych 7".

      Co pan sądzi o remakach i sequelach?
      Nie mam z nimi problemu. Być może wynika to z faktu, że w teatrze mnóstwo razy powraca się do „Hamleta". Wszystko zależy od końcowego rezultatu. Zaproponowano mi wyreżyserowanie nowej wersji „Człowieka z blizną" i zapytałem sam siebie: czemu miałbym to zrobić? Nie chciałem też wyreżyserować amerykańskiej wersji mojego „Bagna", choć padła taka propozycja. Nie miałem ochoty się powtarzać, ale tak naprawdę nie obchodzi mnie, czy punktem wyjścia danego filmu jest wiersz, książka czy artykuł. Liczy się tylko to, co zrobisz z materiałem wyjściowym. Powstają zarówno złe, jak i bardzo dobre remaki. Czasem nawet przerastają oryginał. Odnoszę wrażenie, że filmowcy często trzymają się określonych reguł, ponieważ brakuje im odwagi, by wcielać w życie oryginalniejsze pomysły. Kiedyś nie traktowano poważnie animacji, a potem okazało się, że jest świetnym narzędziem w rękach filmowców. Dlatego warto czasem zaryzykować i zrobić remake, albo zekranizować daną powieść. Podobnie wygląda sprawa z sequelami. „Ojciec chrzestny 2" to jeden z najlepszych filmów, jakie kiedykolwiek widziałem, a przecież jego literacki pierwowzór jest gówniany. Obowiązuje tylko jedna zasada: nie ma żadnych zasad. 
      [Rozmawiał: Michał Hernes]
       
       
       
       
       Szukasz komedii romantycznej na wieczór? Już nie musisz!
      Szukasz komedii romantycznej na wieczór? Już nie musisz!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      wtorek, 02 maja 2017 11:47
  • czwartek, 20 kwietnia 2017
    • Maria i Bogdan Kalinowscy – pasjonująca historia miłośników festiwali [wywiad]

      Maria i Bogdan Kalinowscy – pasjonująca historia miłośników festiwali [wywiad]

      Czy oglądają amerykańskie filmy i horrory? Skąd ich do festiwali filmowych i czy festiwale są ważniejsze od sprzątania? Maria i Bogdan Kalinowscy opowiadają nam swoją historię.

      Michał Hernes: kim pani jest?

      Maria Kalinowska: Oglądaczem filmów. To miłość od pierwszego wejrzenia na ekran, gdy miałam siedem lat i zaczęłam chodzić do szkoły podstawowej.

      Gdzie rozpoczęła się ta wielka pasja?

      MK: W Olimpii, bardzo dużym poznańskim kinie z balkonem i czerwonymi fotelami. Na początku chodziłam tam na filmy, które pozwalała mi oglądać mama. Co niedziela wybierałyśmy się na bajki, samej mnie nie puszczała. Gdy miałam dziesięć lat, powstała telewizja i mama skupiła się na jej oglądaniu. Wtedy pozwoliła mi samej chodzić do kina. Podobał mi się każdy ruchomy obraz. W wieku młodzieżowym na jakiś czas zgłupiałam i animacje miały dla mnie mniejszą wartość. Ich piękno odkryłam na nowo mając 25 lat. Dla mnie filmy nie dzielą się na lepsze i gorsze.

      Podkochiwała się pani w aktorach?

      MK: Wpadłam na pomysł, żeby wybierać tylko jednego takiego aktora. Ja zdecydowałam się na Siergieja Bondarczuka, a mama na Wiaczesława Tichonowa z serialu "Siedemnaście mgnień wiosny". Ciocia z Poznania postawiła na Józefa Nowaka z "Wiosna, panie sierżancie". Druga ciotka, z Jeleniej Góry, podkochiwała się w aktorze, który nazywa się Jean Paul Belmondo. Mój tata nie chciał brać udziału w tej zabawie. Każdy z nas oglądał filmy na innej zasadzie.

      Dlaczego Bondarczuk?

      MK: "Los człowieka"- co to za film! Jaki piękny!

      Sporo osób chodziło w tamtych czasach do kin?

      MK: Bardzo dużo. Mama uważała, że na kulturę nie należy skąpić. Kino było dla niej świętością. W telewizji nie obejrzałam ani jednego filmu. Książki i recenzje czytam, gdy jest zima. Jeśli ktoś ma jakieś zasady, nie wolno z nich zrezygnować.

      Nie chciała pani w młodości zostać aktorką?

      MK: Ani trochę! Kiedy poszłam z mamą na "Śpiącą królewnę", wiedziałam, że ta pani to tylko aktorka, a wokół niej są dekoracje i uszyte kostiumy. Dostrzegałam, że to nie jest prawda. Na tegorocznej edycji festiwalu T-Mobile Nowe Horyzonty najbardziej podobał mi się film "Ręczna robota", opowiadający o budowaniu rzeźby. Gdy reżyser chce coś widzowi pokazać, musi to zrobić za pomocą obrazów. Jeśli robi to przy pomocy dialogów, które mi się w końcu znudzą, niech lepiej napisze książkę.

      Czym jest dla pani film?

      MK: Wszystkim. Na festiwalu Animator obejrzałam bardzo dużo filmowych dzieł sztuki, które reżyserzy zrobili do samych siebie, a nie pod gust jakiejś osoby. Sztuka ma być sztuką i koniec.

      Panie Bogdanie, proszę opowiedzieć swoją historię.

      Bogdan Kalinowski: Mam 76 lat i jestem emerytem. Przez piętnaście lat pełniłem funkcję bibliotekarza szkolnego i polonisty. Potem przez siedemnaście lat pracowałem w Młodzieżowej Świetlicy Dworcowej Kolejowej i Autobusowej w Poznaniu. Ciągle miałem doświadczenia z młodzieżą.

      Skąd wzięło się u pana zainteresowanie filmami?

      BK: Zawdzięczam je żonie, Marii, która od początku była bardzo zapaloną kinomanką. Gdy poznałem ją 23 lutego 1973 roku, w swoich zeszytach miała wpisanych 1798 filmów. 1799 film obejrzeliśmy razem w kinie. To był "Król, Dama i Walet" Jerzego Skolimowskiego.

      Interesował się pan wcześniej kinem?

      BK: Zanim się poznaliśmy, miałem w zeszycie zapisanych kilkadziesiąt tytułów i ich ocen. Chodziłem jednak do kina znacznie rzadziej niż ona i tylko na wybrane filmy. Na przykład na "Działa Nawarony".

      Jak poznał się pan ze swoją przyszłą żoną?

      BK: To był prawdziwy cud. Chodziliśmy na te same kursy bibliotekarskie. Na pierwszym organizacyjnym spotkaniu siadłem na samym tyle i pani prowadząca poprosiła mnie, bym usiadł z przodu. Przysiadłem się do stolika, gdzie siedziała Maria. Z miejsca się w niej zakochałem, a potem zacząłem jej pomagać. Dzięki temu zaczęła się do mnie przybliżać i pożyczać potrzebne jej książki, znajdujące się w bibliotece, w której pracowałem.

      Jakie są pańskie pierwsze filmowe wspomnienia?

      BK: Mój ojciec, Tadeusz Kalinowski, był malarzem i scenografem. Wykonywał dla kin ręcznie malowane plansze reklamowe. Na przykład do "Viridiany" Luisa Bunuela. Zaangażował mnie jako swojego pomocnika. Powiedział Centrali Wynajmu Filmów, że zanim zaprojektuje i wykona ręcznie malowany plakat, najpierw musi obejrzeć film, żeby wiedzieć, o co w nim chodzi. Wspólnie chodziliśmy na filmy, które jeszcze nie miały polskich premier. W ten sposób obejrzałem "Rękopis znaleziony w Saragossie". Miało to miejsce w, nieistniejącym już, małym kinie Miniaturka.

      Ile miał pan wtedy lat?

      BK: Dwadzieścia kilka, byłem dorosły. Zauważyłem wówczas, że jeśli dyrektorom kin nie podobał się jakiś tytuł, na przykład "Salvatore Giuliano", wyświetlano go w poznańskich kinach pod zmienionym tytułem "Mafia". Gdy zaś ktoś zamalował natomiast planszę reklamową, tata potrafił nawet w niedziele pobiec ze mną do kina, żeby ją naprawić. Ojciec projektował także dekoracje i kostiumy do spektakli teatralnych. Kiedy dyrektorem poznańskiego teatru został Wilam Horzyca, tatę zatrudniono jako jego scenografa. Ojciec miał najpiękniejszą encyklopedię kostiumową, jaka ukazała się przed wojną. Bardzo mu pomagała w czasie prac nad filmami historycznymi, np.: "Obrona Ksantypy" Ludwika Morstina i do spektaklu "Pan Jowialski" Aleksandra Fredry. Ojciec odpowiadał za kostiumy i dekoracje. Tworzył do nich nawet makiety.

      Podglądał go pan przy pracy?

      BK: Tata często pracował nocami. Musiał również dopilnować malarzy i stolarzy, żeby wszystko pasowało. Robił rysunki techniczne każdego elementu dekoracji i każdego kostiumu. Wszystko to musiało być zatwierdzone i dobrze wykonane. Miałem dużo obrazów i grafik jego autorstwa. Tata interesował się grafiką, robił drzeworyty i linoryty przedstawiające elementy otaczającego go świata. Chociażby ulicę Klasztorną w Poznaniu i odbudowujący się ratusz.

      Zabierał pana do kina?

      BK: Rzadko kiedy miał na to czas. Później pojawiły się problemy natury politycznej. Z teatru wyrzucono wielkiego dyrektora i znawcę teatru, Wilama Horzycę. Tata postanowił, że jego noga więcej w tym teatrze już nie postanie.

      Co potem robił?

       

      BK: Zajął się malarstwem i wykonywaniem różnych prac dorywczych. Na targach retuszował uszkodzone fotografie, wykonywał pisma, których był znawcą. Zamawiano u niego prace związane z propagandą i świętami narodowymi, np. orły, a także portrety Bolesława Bieruta i Józefa Stalina. Za coś trzeba było żyć. Tata był zatrudniony w pracowni Polskich Artystów Plastyków. Pewnego razu plastyk Jan Piasecki dostał projekt renowacji starego ratusza, ale w ogóle nie znał się na malarstwie freskowym. Przyjął więc mojego ojca jako swojego pomocnika, żeby ten malował freski przedstawiające królów. Tata pracował nad tym od świtu do nocy. Innym razem ojciec znalazł w antykwariacie informacje o taszyzmie i zaczął malować w ten sposób obrazy. Zajął się tym wcześniej niż Jan Lenica, który uchodzi za prekursora taszyzmu w Poznaniu. Malarstwo ojca naśladowało sposób malowania Jacksona Pollocka. Później tata dał te obrazy do oprawienia świetnemu stolarzowi, który wykonywał ramy dla Muzeum Narodowego. Do tego stolarza przyszedł Lenica i zobaczył prace mojego ojca. Gdy Lenica ujrzał obrazy taszystowskie, bardzo mu się spodobały i sam zaczął je malować. Wystawę zorganizował przed moim tatą i dlatego uchodzi za twórcę taszyzmu w Poznaniu.

      Tata miał o to do niego żal?

      BK: Nie, jego obrazy wystawiano w pałacu Działyńskich dzięki…. moim kłopotom z matematyką. Z jej powodu musiałem powtarzać klasę i niewiele brakowało, bym nie zdał matury. Miałem jednak świetną nauczycielkę, która namówiła swojego kolegę, by dawał mi korepetycje. Ojciec chciał zapłacić mu pieniądze, ale ten zamiast nich chciał obraz. Tata przekazał mu jeden z obrazy taszystowskich, które pokazano w tym pałacu.

      Nie chciał pan zostać malarzem?

      BK: Miałem inne zainteresowania, pedagogiczne.

      Pani Mario, kiedy zaczęła pani prowadzić zeszyt z tytułami filmów?

      MK: W wieku trzynastu lat pojechałam na wakacje do Inowrocławia. Oglądałam tam mało filmów. Po powrocie do Poznania przez pomyłkę poszłam drugi raz na ten sam film. Wpadłam wówczas na ten pomysł.

      Łatwo było namówić męża na tak intensywne chodzenie do kina?

      MK: Najpierw musiał się przyzwyczaić, ale nie było to trudne.

      BK: W zeszłym roku obejrzeliśmy 567 filmów i nie był to nasz rekord. W 1987 widzieliśmy 104 filmy, a w 2013 - 608, w tym 51 polskich. W 1987 roku przyszło mi do głowy, żeby notować to wszystko w tabelce. Pierwszym filmem wpisanym w zeszyt Marii jest rosyjska "Dziewczyna z gitarą", obejrzała ją w 1959 roku. Tysięcznym jej filmem były zaś francuskie "Dwa tygodnie we wrześniu", które widziała w roku 1969.

      MK: A pamiętajmy, że dawniej wyświetlano mniej filmów i nie było w Polsce festiwali filmowych.

      Potrafi panią coś zaskoczyć w kinie?

      MK: Panie, oglądamy amerykańskie horrory, nic nie jest w stanie mnie zaskoczyć. Lubię powtarzać, że o każdym filmie należy rozmawiać, jakby tylko on istniał na świecie. Nie toleruję porównań!

      Przeszkadza pani, że ludzie jedzą w czasie seansu?

      MK: Ani trochę, niech wyjdzie im to na zdrowie.

      A gdy rozmawiają podczas filmu?

      MK: Rzadko się to zdarza. Jeśli już, ktoś zwraca im uwagę.

      BK: Ostatni film, który obejrzeliśmy, ma numer 13859. Widzieliśmy go w Poznaniu przed wyjazdem na T-Mobile Nowe Horyzonty.

      Pamiętają państwo swój pierwszy udział w festiwalu filmowym?

      BK: W 1999 roku wywiad przeprowadzili z nami Mann i Materna. Zapytali nas, czego najbardziej byśmy pragnęli. Odparłem, że zobaczyć festiwal Warszawski Festiwal Filmowy. Zorganizowali nam wyjazd na tę imprezę.

      MK: Było bardzo fajnie. Na początek zobaczyliśmy piękny film o chłopcu, który zgubił buty. Mama miała o to do niego pretensje. Potem ten chłopak wziął udział w konkursie biegowym i go wygrał, choć buty były nagrodą za drugie miejsce. Płakał z tego powodu, a my płakaliśmy razem z nim.

      BK: Następnie wybraliśmy się na Lubuskie Lato Filmowe w Łagowie.

      Co lubi pan w filmach najbardziej?

      BK: Obraz świata przedstawionego, jaki przekazują nam filmowcy.

      Co państwo sądzą o amerykańskich filmach?

      MK: Mogą być bardzo różne. Nie podobała mi się "Wykolejona". Chyba całe amerykańskie kino jest wykolejone. Znakomite są za to ich produkcje dokumentalne. Na festiwalu Transatlantyk obejrzeliśmy dokument "Posadź zioło" o kulisach powstawania narkotyków. Film nie ma być dla mnie jednak źródłem informacji, tylko przeżyć artystycznych. Uwielbiam produkcje abstrakcyjne.

      Co pani robi zimą?

      MK: Mam specjalnie opracowaną metodę, żeby nie zamarznąć i żeby nie przejść więcej niż piętnaście metrów. Sprawdzamy repertuar w gazecie i przykładowo widzimy, że film zacznie się o godzinie 12:00. Pół godziny wcześniej zamawiamy taksówkę. Jeśli jeszcze nie przyjechała, idziemy do kawiarni Kotek i obserwujemy przez szybę, czy samochód już się pojawił. Jeśli film się skończy o 14:00, zamawiamy taksówkę na 14:20. Ale jak się nie ma 50 złotych w kieszeni, jest to niemożliwe.

      Skąd państwo biorą tyle siły na jeżdżenie po festiwalach?

      MK: Nie mam siły. Trzeba zrezygnować z innych rzeczy i koniec. Nie obchodzi mnie, gdy mi ktoś powie, że nie wytarłam podłogi. Wyjazd na festiwal jest ważniejszy od sprzątania.

      Fot. kadr z filmu "Kinomaniacy, Państwo Kalinowscy", Serce Crew / YT

      [Michał Hernes]


      Najsłynniejsza polska kinomanka: Film jest najlepszą ze sztuk

      • news
      • kinomani
      • news
      • nowe horyzonty
      • sławni polacy
      Państwo Kalinowscy w czasie festiwalu Nowe Horyzonty / fot. Instagramers Wroclaw
      O danym filmie należy rozmawiać tak, jakby był jedynym filmem na świecie - mówi Stopklatce Maria Kalinowska, która wspólnie z mężem obejrzała ponad dwanaście tysięcy filmów i wciąż jeździ z nim na filmowe festiwale. Aktualnie najsłynniejsi polscy kinomani oglądają filmy na trwającej właśnie we Wrocławiu 14. edycji T-mobile Nowe Horyzonty.

      Michał Hernes: Słynny krytyk filmowy, Zygmunt Kałużyński powiedział w czasie jednego ze swoich wykładów, że dawno nie widział bardzo dobrego filmu.
      Maria Kalinowska: Jeżeli chodził do multipleksów i oglądał filmy akcji, to mógł tak powiedzieć. W ostatnich latach powstało jednak więcej kin studyjnych i można w nich obejrzeć sporo dobrych filmów. Kałużyński odbierał filmy na swój własny, subiektywny sposób. Podobnie jest ze mną i każdym innym miłośnikiem kina. W wielu kwestiach zgadzam się z Kałużyńskim, ale nie całkowicie.

      W czym się Pani z nim zgadza?
      Powiedział, że kino jest pojemne niczym kula i worek bez dna, więc można tam wsadzić absolutnie wszystko. To dla mnie bardzo ważne, bo dzięki temu kino jest najlepszą ze sztuk. Dla porównania muzyka jest tylko muzyką, obraz jedynie obrazem, a książka tylko książką. W filmie to wszystko się ze sobą spotyka i dlatego film jest najlepszy.

      Kałużyński napisał kiedyś, że lubi rozrywkowe filmy, na których bawi się jak prosię.
      Takie produkcje też są potrzebne. Przeciętny film to dobra rozrywka po pracy albo po szkole. W ten sposób definiuję mój prywatny gatunek filmowy, służący właśnie rozrywce.

      Naprawdę ceni Pani filmy wyżej niż literaturę?
      Tak. Jeśli mam wybrać między czytaniem książki, a wyjściem do kina, to decyduję się na kino. W filmie także mogę mieć opowiadanie, chociaż uważam, że filmy są od tego, by opowiadać za pomocą obrazów, a nie słów. Film nie jest literaturą. Niektórzy filmowcy o tym zapominają i umieszczają w swoich produkcjach tyle napisów, że widz koncentruje się jedynie na ich czytaniu. Powtarzam: obraz jest dla mnie najważniejszy.

      Często bywa tak, że patrzymy na twarz bohatera, zastanawiając się, co myśli i czuje.
      Ma pan rację. Zdarza mi się oglądać filmy w języku angielskim i francuskim bez tłumaczenia. Jeżeli aktor gra dobrze twarzą, nie potrzeba mi tłumacza. Na podstawie wyrazu jego twarzy widzę, czy się z kimś kłóci albo z nim zgadza.  

      W jakich okolicznościach oglądała Pani filmy bez polskich napisów?
      Na przykład w Domu Bretanii, promującym francuską kulturę.

      Czego szuka Pani w filmach i na takich festiwalach, jak T-Mobile Nowe Horyzonty?
      Przede wszystkim dobrych obrazów. Gdy oglądam amerykański film akcji, to bardzo się na nim nudzę i dochodzę do wniosku, że jest beznadziejny. Pewnego razu, w czasie oglądania takiego filmu, postanowiłam, że nie będę oglądać aktorów, którzy się wiecznie biją i ścigają, tylko skupię się na drugim planie. Okazało się, że tło tego filmu jest wspaniale zrobione!

      Co dokładnie Panią zachwyciło?
      Budynki, ulice, mosty i długie tunele. Dobre obrazy, na których mi zależy, stanowią w amerykańskich filmach zaledwie pięć procent. W stuminutowym filmie akcji wartościowe jest najwyżej pięć minut. Z kolei na festiwalu Romana Gutka otrzymuję sto procent dobrych obrazów.

      Słyszałem, że ma Pani z mężem notatniki, w których zapisujecie tytuły filmów.
      Tak, ale zostawiliśmy je w domu, bo nie jesteśmy w stanie zabierać ze sobą wszystkich tych zeszytów. Ja zapisuję w nich jedynie tytuły filmów, natomiast Bogdan także nazwiska reżyserów. To ważne, bo przecież powstało kilka wersji „Hamleta".

      Oceniają Państwo obejrzane filmy?
      Dawniej oceniałam, ale ostatnio przestałam. Film nie jest jabłkiem, które stawia się na wadze i ocenia na podstawie jego wielkości bądź jakości. Do sztuki nie podchodzi się w ten sposób. Punkty i gwiazdki nie są dla mnie ważne.

      Skąd się u Państwa bierze ta potrzeba jeżdżenia na festiwale?
      Chcemy zobaczyć coś dobrego. Powtarzam: film to dla mnie sztuka, która czasami bywa lepsza, a czasami gorsza. O filmie akcji mówię Bogdanowi, że na festiwalu kiczu filmowego miałby pierwsze miejsce.

      Skąd wzięła się u Pani miłość do kina?
      Od pierwszego wejrzenia na ekran.

      Kiedy to było?
      Gdy miałam siedem lat i poszłam z mamą na bajkę. Opowiadała o małym chłopcu, który chodził do cyrku i zawsze siadał w nim w pierwszym rzędzie.

      Co było potem?
      Dalej chodziłam na bajki, a kiedy miałam jedenaście lat, mama puściła mnie samą do kina. Gdy poznałam Bogdana, zaczęliśmy chodzić razem na filmy.

      Poznali się Państwo w kinie?
      Nie, w bibliotece.

      Czyli poznanie się zawdzięczają Państwo literaturze?
      Kursom dla bibliotekarzy

      Ale potem zaczęli Państwo chodzić do kina.
      Tak, Bogdan też jest nastawiony na kulturę.

      Jak na przestrzeni lat zmienia się kino?
      Złym kierunkiem jest upowszechnianie się technologii 3D.  Moim zdaniem to nie jest sztuka. Gdy na coś patrzymy, musimy to widzieć w dwóch wymiarach. Utkwiło mi w pamięci to, że jeden chłopiec zapytał się swojej mamy, kiedy będziemy oglądać film w 8D. Znów okazało się, że dzieciaki są od nas mądrzejsze.

      Ale 3D to magia obrazu, który jest dla Pani tak ważny.
      Nie, ta technologia wszystko niszczy. Zauważyłam, że kiedy ogląda się film w 3D, obraz jest ciemniejszy. Gdy oglądam film w 2D i widzę na ekranie jadący samochód, to najpierw jest małym punkcikiem, a kiedy się przybliża, dostrzegam jego kolor, markę i numer rejestracyjny. W 3D jest odwrotnie - im auto bardziej się oddala, tym staje się coraz większe.

      Kiedyś podchodzono sceptycznie do radia, kina i telewizji.
      Telewizji nie oglądam.

      Woli Pani kino?                                               
      W telewizji nie widziałam ani jednego filmu. Niektórzy twierdzą, że kino męczy. Nie zgadzam się z tą opinią. W kinie obraz jest odbity. W telewizji obrazy rysują latające elektrony, które meczą oczy, ponieważ nie są dostosowane do wzroku. Film ma dwadzieścia cztery klatki na sekundę, albo nawet więcej, tymczasem przeciętny człowiek powinien w ciągu sekundy widzieć szesnaście obrazów. Dawniej tak było.

      Co ostatnio najbardziej pozytywnie zaskoczyło Panią w kinie?
      Na festiwalu Animator było sporo krótkometrażowych filmów zbliżonych do kina abstrakcyjnego. Bardzo mi się to podobało. Kino abstrakcyjne to dla mnie czysta sztuka. W takich filmach nie muszą pojawiać się ludzie i nie musi być w nim akcji. Szkoda tylko, że były to krótkometrażówki, bo wolimy dłuższe filmy i takie właśnie wybieramy.

      Woli Pani filmy polskie czy zagraniczne?
      Mnie jest wszystko jedno. Gdy rozmawia się o danym filmie, należy rozmawiać o nim tak, jakby był jedynym filmem na świecie, a nie porównywać go z innymi.
       
      [Rozmawiał: Michał Hernes

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 kwietnia 2017 14:10
  • poniedziałek, 10 kwietnia 2017
    • Kazik: moje ulubione motywy muzyczne w kinie

      Jednym z ulubionych kinowych motywów muzycznych Kazika jest "Dolina" w "Underground". - Wynika to z faktu, że my też to gramy. Pytałem Emira Kusturicę, co nim kierowało, że wybrał akurat ten kawałek. Spodziewałem się wielce transcendentalnej odpowiedzi, a on na to: Ot tak, kazałem im zaśpiewać byle co - opowiada Stopklatce polski muzyk.
      Oto pozostałe typy Kazika:
       
      1. Ballada z filmu "Prawo i pięść", gdy Gustaw Holoubek jedzie po załatwionej akcji gazikiem. To wspaniała piosenka i scena, że aż ciarki przechodzą po plecach.
       
      2.Oczywiście nalot przy muzyce Wagnera w "Czasie Apokalipsy".
       
      3.Początek "Roma i Julii" z Leonardem DiCaprio. Ten kilkuminutowy rap wciska w fotel i zapowiada total. Niestety, początek jest absolutystyczny, potem jest nieco gorzej.
       
      4."Dolina" w "Underground", ponieważ my to też gramy. Pytałem Emira Kusturicę, co nim kierowało, że wybrał akurat ten kawałek. Spodziewałem się wielce transcendentalnej odpowiedzi , a on na to: Ot, tak kazałem im zaśpiewać byle co.
       
      5.Napisy początkowe do "Stawki większej niż życie"- arcydzieło montażu, obrazu i muzyki w skali światowej.
       
      6.Taki ciężki numer rapowy z chórami niewolniczymi w tle z "Django". Ale sam film - taki sobie.
       
      7."Come Together" Aerosmith w "Sierżancie Pepperze" kinowym. Jedyny dobry numer naprawdę słabej kapeli.
       
       
       
      [Notował: Michał Hernes] 
       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      mihernes
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 10 kwietnia 2017 09:26

Tagi

Zakładki

  • Http://stopklatka.pl/-/59887778,autor-%E2%80%9Epodzmienego-kregu%E2%80%9D-czekam-na-telefon-od-michaela-baya

Kanał informacyjny