Like Tears in Rain

Wpis

piątek, 30 października 2015

Rutger Hauer: krótki nie znaczy gorszy (wywiad)

Z Rutgerem Hauerem, który niebawem pojawi się w 6 sezonie „ Czystej krwi ", rozmawiamy o kultowym „ Łowcy androidów ",  Christopherze Nolanie , jego udziale w polskim „ Młynie i krzyżu " i o tym, czemu filmowcy powinni kręcić jak najwięcej krótkich metraży.

 
Michał Hernes: Polski dziennikarz muzyczny, Tomasz Beksiński, zakończył swój pożegnalny felieton pamiętnymi słowami, które wypowiedział grany przez pana bohater w „Łowcy androidów"  Ridleya Scotta   „Wszystkie te chwile przepadną w czasie, jak łzy w deszczu. Pora umierać". Potem Beksiński popełnił samobójstwo.
 
Rutger Hauer: O k**wa.
 
Smutna historia, prawda?

Kiedy ktoś chce opuścić ten świat, zawsze znajdzie jakieś wytłumaczenie. Dla mnie życie jest najważniejsze. Trudno byłoby mi wskazać w nim cokolwiek, co możnaby umieścić na pierwszym planie. Nasz świat to przecież olbrzymia przestrzeń i do zobaczenia jest naprawdę wiele. Nie ukrywam, że bardzo lubię internet, daje nam mnóstwo możliwości. Mam nadzieje, że nie spieprzymy tego. Niestety, przez internet coraz trudniej nam zachować prywatność.
 
W internecie znajduje się dużo krótkometrażowych filmów, w tym trzy, których jest pan współautorem.

Krótkie metraże też uwielbiam. To wspaniałe ćwiczenie dla filmowców, bo nie muszą czekać na to, aż znajdą sponsorów bądź fundusze. Takie produkcje nie są drogie. Trzeba mieć tylko do opowiedzenia jakąś historię. A trening to, jak wiadomo, najlepszy nauczyciel. Dlatego warto robić krótkometrażówki w ramach ćwiczeń.
 
Ciągnie pana bardziej do nich niż do filmów pełnometrażowych?

Chciałbym robić wszystko, co mogę i co wydaje mi się interesujące. Nie ma znaczenia ani to, jak długa byłaby to produkcja, ani tym bardziej, czy byłbym w niej aktorem, reżyserem czy producentem. O tym ostatnim fachu nie mam zbyt wielkiego pojęcia. Dla mnie sprawa jest prosta: pożądam filmów. Zwłaszcza tych, których nie miałem jeszcze okazji obejrzeć. Nie interesuje mnie kręcenie czegoś, co jest na przykład remakiem.
 
Skąd wziął się pomysł na krótki film „The Room", wysnuty z opowiadania Harry'ego Mulischa?

Erik Lieshout zapytał się mnie, czy nie chciałbym tego z nim zrealizować. Wcześniej wielokrotnie rozmawialiśmy o tym, że wspólne wyreżyserowanie czegoś byłoby absurdalne, śmieszne i interesujące. Zadanie polegało na przekształceniu literackiego opowiadania na język kina. Chcieliśmy sprawdzić, czy damy radę. Mam nadzieje, że się nam udało, gdyż włożyliśmy w ten proces wiele serca. Kiedy coś reżyseruję, chcę poruszyć widza i sprawić, by w czasie seansu nie siedział tylko bezczynnie na tyłku. Nie osiągnę tego jednak samodzielnie jako reżyser, bo jestem aktorem. Dlatego sięgam po pomoc moich znajomych.
 
Po tych krótkometrażówkach widać, że zależy panu na tworzeniu poetyckiego nastroju.

Kocham poezję, także w kinie. Gdy operuje się nią w filmie, ważne są spryt i ostrożność. W niczym nie może być zbyt dużo czegokolwiek. Za dużo poezji również niesie w sobie zagrożenie.
 
W „Łowcy androidów" równowaga została zachowana.

Dokładnie! Muszę przyznać, że dostrzegam coś artystycznego i zabawnego w tym, że programując sztuczną pamięć replikanta, w którego się wcieliłem, uwzględniono poezję. To nie ma sensu, ale dlatego tak mi się to podoba. Kilka z tych kwestii wymyśliłem sam, ale większość była zapisana w scenariuszu. Wszystkim zainteresowanym polecam poszukać na Youtube nagrania pod tytułem „Rutger Hauer Blade Runner Talks". Postanowiłem go nagrać, żeby chociaż częściowo odpowiedzieć na pytania internautów związane z tym filmem. 
 
W jednym z wywiadów powiedział pan, że dostrzega coś ekscytującego w pracy z reżyserem debiutantem. Czemu?

Tak naprawdę uwielbiam pracę zarówno z początkującymi, jak i z doświadczonymi filmowcami. Ktoś taki nie tylko kręci film, ale jednocześnie uczy innych. To fascynujące, gdy mogę korzystać z wiedzy zarówno tych młodszych, jak i starszych reżyserów. Ludzie z mojego pokolenia przeważnie są staroświeccy, ale jednocześnie mają wiedzę na temat dawnych metod kręcenia filmów, które dla kogoś młodszego są często czarną magią. Każdy coś komuś daje. To cudowne! Taka forma „studiów" jest jednak bardzo droga, bo zmusza człowieka do podróżowania. Dlatego warto zrobić wszystko, żeby przebywać w wartościowym i przyjaznym środowisku i żeby ten trud nie okazał się gówno warty. Uwierz mi, to daje ogromną satysfakcję. Reżysersko będę chciał powtórzyć coś takiego we wrześniu, ale prawdopodobnie ostatni raz, ponieważ trudno mi znaleźć pieniądze na takie przedsięwzięcia. To smutne, ale staram się robić wszystko, co w mojej mocy.
 
Co musi się stać, by zainteresował pana dany scenariusz?

Powinien mnie poruszyć i sprawić, że będę chciał za wszelką cenę go wyreżyserować. Zwłaszcza, że jestem bardzo zajęty jako aktor i muszę działać szybko, by zdążyć dotrzeć w miejsce, w którym będę grał w kolejnym filmie. W przeciwieństwie do większości aktorów, nie posiadam dużej ilości czasu na wertowanie ofert i ich analizowanie. Nie mam też za bardzo okazji do spotykania ludzi innych niż ci, z którymi aktualnie pracuję. Może to brzmi dziwnie, ale tak to wygląda. Jeśli zaś chodzi o aktorstwo, to na podstawie przeczytanego scenariusza nie mogę powiedzieć wszystkiego o postaci, w którą się wcielę. Wynika to z faktu, że dopiero ją zagram. Jest całkiem prawdopodobne, że podczas zdjęć i moich rozmów z reżyserem jej koncepcja ulegnie zmianie. Jednym z moich najzabawniejszych marzeń było zrealizowanie pięciu kolejnych części „Autostopowicza". Chodziło o to, by każda następna część powstała po dziesięciu latach. Jedynka pochodzi z 1987 roku, więc teraz powinienem pracować nad trójką albo czwórką, ale nic takiego nie nastąpiło. Co prawda zrealizowano jeszcze dwóch „Autostopowiczów", jednak nie byli „moi". Po prostu nie udało mi się znaleźć właściwych współpracowników, by wcielić ten projekt w życie. Marzy mi się także dziecięcy film. Powstał już jego scenariusz na bazie tej książeczki (Rutger Hauer pokazał mi ją, przyp. autora).
 
Jeśli to powstanie, kogo zagra pan w tej produkcji?

Mógłbym wcielić się w dziadka, ale wolałbym, żeby zagrał go inny aktor. Muszę tylko znaleźć na anglojęzycznym rynku właściwych producentów. Nie mogę jednak powiedzieć nic więcej na ten temat, bo jest jeszcze na to za wcześnie. Z doświadczenia wiem, że lepiej poczekać.
 
Życzę powodzenia. Delikatnie zmieniając temat, muszę przyznać, że ma pan fantastyczne i bardzo zabawne okulary.

(śmiech). Dziękuję, często je gubię i potrzebuje wówczas zdobyć nowe. Czasem udaje mi się trafić na naprawdę śmieszne egzemplarze. Poza tym są mi potrzebne, żebym mógł cię zobaczyć.
 
Poczucie humoru jest dla pana ważne?

Uważam, że potrzebujemy go w naszym życiu w dziewięćdziesięciu procentach. Zwróć uwagę, że jedni ludzie nazywają pewne rzeczy zabawnymi, tak jak to powiedziałeś o moich okularach, a inni mówią, że są one w dziwny sposób piękne. Można to dostrzec nawet w rzeczach pozornie najbrzydszych. Jak widzisz, zbaczam trochę w stronę poezji, ale właśnie tak patrzę na świat.
 
Jakiego rodzaju dowcip jest panu najbliższy?

Uwielbiam „Różową panterę" z Peterem Sellersem, który wypadł w niej po prostu fantastycznie. Kiedy byłem młody, lubiłem komika Danny'ego Kaye'a. Zapewne mógłbym wskazać jeszcze wielu innych, ale nie pamiętam ich nazwisk. Moja pamięć coraz bardziej się pieprzy, jeśli chodzi o nazwiska. Kiedy ktoś pyta mnie o takie rzeczy, jestem w szarej dupie.
 
Ale przecież jest pan aktorem!

I co w związku z tym?
 
Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że aktorstwo polega na uczeniu się tekstu.

W tym wypadku chodzi o pamięć krótkotrwałą. Opanowanie dialogu nie należy do spraw specjalnie trudnych i nigdy nie trzeba pamiętać go dłużej niż przez około trzy minuty. To nic wielkiego.
 
Dlaczego nie grywa pan w komediach?

Bo ludzie nie widzą mnie w tego typu rolach. Chcą, żebym grał mroczniejsze postaci. Myślę, że znalazłoby się kilku reżyserów chętnych do tego, by tak mnie obsadzić, ale póki co nie było ku temu okazji. Jednocześnie przypomniało mi się, że w Niemczech był pewien komik i aktor, który mnie śmieszył, jednak publiczność go tak nie odbierała. Nie wiem czemu, ale to nie funkcjonowało tak, jak wszyscy tego oczekiwali.
 
A czy dowcipny jest Lech Majewski, u którego zagrał pan w filmie „Młyn i krzyż"?

Tak, ma wspaniałe poczucie humoru! Jednocześnie jest człowiekiem poważnym i silnym. To prawdziwy filmowy autor, a gdy myślę o takich ludziach, to do głowy przychodzi mi bardzo niewiele nazwisk. Lech jest jednym z ludzi będących esencją kina jako medium, które sprowadza się do ruchu. Ten Polak ma wzrok i słuch absolutny. Dostrzega i słyszy więcej niż inni, po czym układa to w jedną, spójną całość. Już sam pomysł na realizację „Młyna i krzyża" był niesamowity. Zachwyciły mnie te obrazy przeniesione na ekran.
 
Kameralna produkcja to chyba miła odmiana, gdy gra się w filmach takich jak chociażby „Batman - Początek".

Dokładnie. Pamiętajmy, że więcej niekoniecznie oznacza lepiej. Reżyserzy często się w tym gubią, ale Christopher Nolan jest akurat wyjątkiem od reguły. Dokonał redefinicji tego typu kina, przekształcając komiks w kino realistyczne. Swoją drogą to naprawdę zabawne, że w jednym roku zagrałem w ekranizacjach dwóch komiksów. Drugim filmem było „Sin City".
 
Jakie to uczucie zobaczyć siebie w takiej produkcji i tak jakby przenieść się do innego, komiksowego świata?

Kiedyś pacynka udawała człowieka, a teraz człowiek udaje pacynkę. Podoba mi się ta koncepcja. To szalona rzecz, która pozwala człowiekowi poczuć przez chwilę trochę wolności. To tak jakbyś na kilka minut porzucił własne ciało.
 
Teraz z kolei występuje pan w serialu „Czysta krew".

To dziwna historia, rodzaj baśni o dobrych i złych, brzydkich i zabawnych. Bardzo mi się ona podoba. Takie produkcje zdobyły wiernych fanów, którzy mają wielkie oczekiwania, tymczasem grzeczne seriale szybko się człowiekowi nudzą. Poza tym w HBO uwielbiam, że nie ma tam reklam. Nie mogę już na nie patrzeć, wkurwiają mnie. Kiedy je widzę, spadam.
 
Ma pan sześćdziesiąt dziewięć lat i nie zwalnia tempa. Nie myśli pan o wakacjach?

Wakacje mam codziennie. Aktorstwo daje mi niesamowitą siłę. Jeśli widzowie kiedyś stwierdzą, że już nie chcą na mnie patrzeć, to po prostu odejdę. Nie potrafiłbym robić nic innego i nie widzę powodu, by kończyć.
[Michał Hernes]
źródło:http://stopklatka.pl/news/rutger-hauer-dla-stopklatki-krotki-nie-znaczy-gorszy
 

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
mihernes
Czas publikacji:
piątek, 30 października 2015 11:25

Polecane wpisy